Rozdział 3
- Wstawaj śpiąca królewno...- mówił, cichy, delikatny głos. Już dawno nie słyszałam jego głosu. Choć głaskał mnie po policzku i miałam ochotę właściciela tego głosu przytulić, ale nie ruszyłam się. Otworzyłam z nie chęcią jedno oko. Od razu tego pożałowałam, bo światło, które codziennie przebija się rano przez zasłony, oślepiało. - No ! Księżniczko, nie daj czekać swojemu księciu wieczności..!- domagał się głos. Był przekonujący, ale nie aż tak by mnie wyciągnąć z ciepłego i bezpiecznego łóżeczka.
Wyprężyłam się, prostując członki, które jeszcze nie były przygotowane do jakiegokolwiek ruchu.
- To poczeka dwie wieczności i jeden dzień dłużej... - wymruczałam, na to on się roześmiał.
- Mruczysz jak rasowy kociak, księżniczko....Hm...może powinienem Cię inaczej nazywać, co ? Jak sądzisz ? Dajmy na to...Kicia ? Taak...tak, pasuje...- domyślałam się, że uśmiechnął się szerzej. Ciekawość zwyciężyła nad snem, który w co wątpię, wciągnąłby mnie na dłużej. Spróbowałam otworzyć jedno oko, a następnie drugie. Chyba naprawdę będę musiała poprosić tatę o te rolety, bo promienie choć przyjemnie ogrzewały skórę to mnie raziły.
- Phi! - prychnęłam sięgając po zegarek. - Daje słowo. Jeszcze raz mnie obudzisz to Cię uduszę albo sama się zabiję ! - podniosłam swój zaspany, chrapliwy głos, który ani odrobinki nie pokazywał mojego zdenerwowanego ducha.
- Nie wiem o co Ci chodzi. - zrobił minkę niewiniątka- Jest dopiero ósma....- złośliwy uśmiech. Tak. To mu się udawało. Wkurzanie ludzi.
- Nie wiem czy wiesz, ale kotki balują do późna, a potem śpią chociażby do wczesnego południa - powiedziałam z odrobiną sarkazmu. Wybuchnął tylko gromskim śmiechem.
- Obiło mi się o uszy. Ale nie po to tu przyszedłem by się się z tobą droczyć... - znów jeden z jego licznych uśmieszków.
- Za późno, bo już to uczyniłeś - głos i uśmieszek był cyniczny.
- Oj, Kicia, Kicia....- z wzrok pożałowania. - Nie znasz się na żartach. Przyszedłem Cie obudzić i powiadomić, że dzwoniła pewna dziewczyna imieniem Arisa i kazała, nie prosiła, bym przekazał szanownej tu słuchającej...
- Mów, a nie twórz jakieś wywody...-przerwałam mu.
- Dasz skończyć ? - zapytał, bawiąc się świetnie moim popsutym humorem. Gdyby to nie mój ukochany brat Emmett ( i jak teraz jedyny ) to bym go już udusiła. Czekał wyraźnie na odpowiedź, więc pokiwałam głową.
- Na czym to ja... A ! Bym przekazał szanownej panience Katsumi, że wizyta madame A. jest odwołana..z.. z powodu przyjechania kuzynki Ann....
- Yhym...- potwierdziłam, wciąż w pół śpię, ale sobie uświadomiłam co to znaczy zostać samą z braciszkiem.- Szkurna! Dlaczego ? Pytam się dlaczego ?! - zaczęłam krzyczeć. Nastała cisza, aż wreszcie nie wytrzymałam i wybuchnęłam śmiechem, pociągając za sobą brata.
- To co Kicia ? Ja idę na dół, a ty w tym czasie doprowadzisz się do porządku..? Choć wiesz.... jeśli Tobie to nie przeszkadza to możesz się przy mnie prze...
- NIE- MA- MO-WY ! - znów podniosłam głos i posłałam mu lodowate spojrzenie. Udał, że obrusza się zimna.
- Dobra Kicia ! - wstał, ruszył do wyjścia i otworzył drzwi na oścież. - Czekam na dole, a ty... - nie dokończył, bo mu po raz kolejny przerwałam, bojowym krzykiem:
- Kto ostatni w kuchni to ciota tego wieku ! - krzyknęłam na całe gardło i wybiegłam z pokoju, pędząc i się nie odwracając, do kuchni.
Brat ocknął się nie z pełna minuty po wystartowaniu Katsumi i sam zaczął biec za siostrą.
- Nie licz na to ! - krzyczał za nią, uśmiechając się rozbawiony i śmiejąc się wesoło. Tak jak za starych, dobrych lat....
Wpadłam do kuchni i wydałam z siebie dziki okrzyk zwycięstwa. Po raz kolejny udało mi się z nim wygrać ! Jakiś obłęd ! Uradowana, bez tchu, usiadłam sobie na blat kuchenny. Z uśmieszkiem triumfu, wymachiwałam nogami i czekałam na brata. Wpadł do kuchni chwile po tym. Oparł rękę na blacie stołu i nabierał duże porcję powietrza.
- Niby taki znawca sportu ekstremalnego, ale ni krzty kondycji ! - powiedziałam, śmiejąc się, aż prawie nie spadłam ze stołu.
- Po pierwsze to było niesprawiedliwe, bo wystartowałaś pierwsza, a po trzecie musiałaś poprawić swój czas...- wciąż dyszał po gonitwie.
- No, a ty nie nauczyłeś się liczyć do trzech. Pominąłeś drugi punkt.
- Wcale nie... - wyprostował się i uśmiechnął się szelmowsko. - Wprost ? Chciałem Ci zaoszczędzić faktu, dlatego nie wymieniłem punktu numer dwa..- specjalnie przedłużył samogłoskę.
- Hę ? - nie skumałam cza-czy.
- Po drugie podziwiałem jak biegłaś, a ja sobie szedłem wolniutko. -powiedział. Pierwsze co doznałam to szok. Jak to ? Ja biegłam jak głupia, a on sobie szedł powoli ? Ale przeanalizowałam wszystkie fakty i uśmiechnęłam się szelmowsko do niego.
- Na pewno ? A kto wpadł do kuchni zdyszany i spocony jak świnia ? - oddalam mu pięknym za nadobne. Zaszokowany moja nową zdolnością ciętych ripost i ciętego języczka.
- A..A-a...- nie mógł niczego wykrztusić.
- Odebrało mowę, chłoptasiu ? - zapytałam z rozbawieniem w głosie. On uśmiechnął się już pewniej i odpowiedział...
- Dobra wygrałaś. Dwa punkty dla ciebie. Tera ja muszę na chwile opuścić Cię...Kicia...- uśmiech szelmowski.
- Ale z ciebie cykor Emmett...-wyszeptałam.
***
Udawałem, że ją nie słucham i wyszedłem z pomieszczenia, ale usłyszałem co powiedziała. Może naprawdę się boje....i jestem cykorem..? ...Zastanawiam się czy tak wiele się zmieniła od ostatniego spotkania...? Czy jest taka jak pół roku temu... W tedy rzuciła się na mnie i opowiadała o wszystkim co się wydarzyło czasie mojej nieobecności, a teraz myśląc, że rozbawię ją, tylko wkurzyłem. Musze jednak przyznać, że to moja wina i także muszę powiedzieć, że wyrosła na piękną dziewczynę....kobietę.... To już nie moja siostra, która darzyła mnie uwielbieniem. To już dziewczyna, która wie czego chce i ma swoje ambicje. Tak.... To nie te dziecięce lata gdy bawiliśmy się w czwórkę, w ogrodzie i nie wiedzieliśmy nic o szarym, o okrutnym świecie... Nie ! Nie mogę często wracać w przeszłość, bo nie pójdę w przyszłość...
***
Braciszek wyszedł, bo musi "coś" załatwić, a ja muszę co nieco zjeść. Podeszłam do dwu-drzwiowej lodówki i ją otworzyłam na oścież. Nie przybyło żadnego innego jedzenia od wczoraj, co sobie smętnie uświadomiłam. Tak sobie stojąc i intensywnie myśląc, przypomniałam sobie piosenkę, którą wczoraj puszczała mi Sage ( bliższa z koleżanek ) . Zaczęłam ją nucić i do tego przytupując. Z nucenia, przeniosło się w śpiewanie. -...mmmm.....
,, Pour moi, c'est le sexe,
Chaud comme simoun.
Pour moi, c'est le sexe,
Qui peut lui résister?
Sur mes hanches flux, remplit mon sein,
La chaleur suintant de ma bouche.
Pour moi, c'est le sexe,
Ce qui brûle et détruit.
Des dizaines ont des coeurs
Réduit en cendres... "
- Ja się oprę....- odezwał się Emmett, tak nagle i dziwną tonacją głosu, że się przestraszyłam. - Może jest w tobie seks...- zlustrował mnie i uśmiechnął się łobuzerko.- Ale na mnie to nie działa ! A tak ogólnie to jak to możliwe, że znasz tłumaczenie piosenki, jak się domyślam, z innego kraju, na nasz ojczysty język..?
- Nawet nie wiem... Nie zastanawiałam się nad tym...- uśmiechnęłam się tajemniczo. - A jak to możliwe, że przetłumaczyłeś to ? Masz przy sobie słownik czy jak ?
- Nie. Słyszałem już to... Śpiewał ją już ktoś, ale nie pamiętam już kto... Ale to tylko cztery zdania do ,,...Któż oprzeć się ma mu ? " - zaczął mnie przedrzeźniać, a potem się śmiał. Fajnie, że go ubawiłam. Nastała cisza. Emmett pierwszy się odezwał.
- Co jesz ? - zapytał, pokazując brodą trzymane prze ze mnie rzeczy i jakby znudzony całą sytuacją.
- Nie wiesz ? To co kotki lubią najbardziej - odpowiedziałam sarkastycznie. - Mleczko. A to coś od siebie. - podsząsnęłam pudełkiem z kawałkami czekolady. Nie zwracając na Emmetta uwagi przeszłam do stołu i zaczęłam łakomie jeść. Po chwili, on także wziął sobie coś do jedzenia i przysiadł do mnie.
Siedzieliśmy w milczeniu. Dobra, niespełna milczeniu, bo brat wydawał przy jedzeniu dziwne odgłosy. Jakoś żaden temat nie nastał i jakoś nikt z nas nie miał nic do powiedzenia.
Ciężką cisze przerwały stłumione krzyki, wrzaski i trzask zamykanych drzwi wejściowych. Głośne kroki i znów łupnięcie drzwi od któregoś z pokoi na dole. Emmett jak na zawołanie postawił zamaszyście kubek na stół i wstał przewalając krzesło, na którym siedział z przed chwili. Na jego twarzy malowała się determinacja i jakby na kształt wesołości. Zapomniała bym wam wspomnieć jak wygląda. Em jest wysoki około metra-osiemdziesiąt, ubrany był w obcisłą koszulkę z nadrukiem jakiegoś pankowego zespołu i czarne dżinsy. Rysy twarzy ma bardziej delikatne od taty, który ma ostre. Kolor włosów wyróżnia się tym, że ma pomieszany brąz i złotawy, co w efekcie stwarza złotawy-brąz. Oczy piwne, nos prosty. Co do stroju to różnie się ubierał. To tak na marginesie, jak on wyglądał. Powracając....
- Meg przyszła ! - wykrzyknął uradowany brat. Meg to inaczej Meggi, nasza starsza siostra. Od Emmetta jest starsza 2 lata, a ode mnie o 6 lata.
- No i co ? - podniosłam głowę z nad miski. - Co w tym nowego ? - zapytałam nie bardzo rozumiejąc. On tylko wysłał mi pobłażliwe spojrzenie.
- Nie wiesz ? Krzyki, wrzaski, trzaskanie drzwi...? Meggi wróciła ! - krzyknął pełen entuzjazmu. Przez najbliższy czas siostra była miła, uczynna, za sprawą narzeczonego Louisa, więc braciszkowi to nie pasowało, ponieważ lubi się z nią kłócić.
- Aha... Nawet wiem co ode mnie oczekujesz, koleżko. Mam tam iść, do tej pieczary czarownicy i niewinnie się wypytać o co poszło tym razem z jej narzeczonym...przepraszam, teraz z eks.... Nie mylę się ? - zapytałam, na to on skinął głową. Westchnęłam. Nie po raz pierwszy, każe mi to robić. Zawsze tak robi. Czuje się jakbym była szpiegiem, a nawet przestępcą, tak robiąc.
- No ? Na co czekasz ? - zapytał, uśmiechając się chytrze.
- Na oklaski... - odburknęłam i wstałam z gracją, nie odwracając się nawet ruszyłam na korytarz. Był był w jasnych, kremowych kolorach. Zasłonki w kolorach złota zawieszone na wysokich, dużych oknach, przez które obficie przedostawały się promienie słoneczne i oświetlały moją twarz, jednocześnie przyjemnie grzejąc. Szlam powoli, bo dziś nie miałam ochoty na takie podchody. Oglądałam różniste obrazy, wazy, które mama tak uwielbiała i wyeksponowała je w tym największym, i najdłuższym korytarzu w domu.
Szurając po miękkim kremowym dywanie, na bosaka, podeszłam do drzwi prowadzących do ,, zakazanego" pokoju siostry. Delikatnie przekręcając gałkę, weszłam do pokoju i zamarłam w bezruchu. Na łóżku, kołysząc Meg, siedziała ONA - drobna, o półdługich blond włosa dziewczyna. Ubrana jak zawsze trendii, elegancko i ze smakiem. Tak na marginesie, Meggi miała długie blond włosy . Teraz rozlatywały jej się z misternego koka.
Chodź widząc ją, wciąż nie mogłam uwierzyć, że to ona....
- Julie ? - zapytałam niepewnie.Julie Wiliams, przyjaciółka Meggi i z czasem nie rozgarnięta.
- Co ty tu robisz ? - zapytałam powtórnie, próbując zwrócić jej uwagę. Podziałało. Podniosła głowę i spojrzała na mnie tymi lśniącymi, bystrymi oczami, koloru ciemnego nieba, lekko się uśmiechając na mój widok. Co jakiś czas ją widzę. Ma mało czasu, bo studiuje prawo i najczęściej dużo czasu jej to pochłania.
- Hejka, Kas - odpowiedziała, a uśmiech się poszerzył. - Pytałaś co tu robię ? No więc, dziś przyleciałam do Meg w odwiedziny. Ona odebrała mnie z lotniska dziś rano, a potem poszłyśmy na imprezę. Tam spotkałyśmy Louisa i chyba coś się stało, bo...bo wyszła z przyjęcia biegiem.... Przyjechała przed chwilą, a ja z nią. A teraz....no cóż zasnęła. Wyczerpała się tym płaczem i najprawdopodobniej zerwaniem zaręczyn.- skończyła i spojrzała na moją siostrą z troską. Jedno się wyjaśniło. Wiem już dlaczego Maggi pojechała na lotnisko. Druga sprawa, nigdy nie widziałam Maggi w takim stanie... A trzecie, to to, że Julia kłamała jak z nut. To było, więcej, niż podejrzane.
Nie, widziałam ją raz. Kiedy umarł Patrick.... Nie ważne, nie mogę teraz o nim myśleć ! Całą swoją siłą woli skupiłam się na pomocy siostrze.
- A...- nie dokończyłam, bo drżał mi głos. Cholera ! Zawsze tak jest kiedy przypominam sobie o Patricku. Odchrząknęłam. Julie coraz to bardziej i pilniej obserwowała moje zachowanie. - To nic nowego... - wzruszyłam ramionami, by wyglądać na luzacką, ale w środku czułam się cała spięta. - Zawsze gdy się z nim pokłóci zrywa z nim zaręczyny.
- I mówisz to tak spokojnie ?! Nie no wiesz... powinnaś się o nią martwić. - powiedziała kobieta z wrzutem.
- Ależ się martwię ! - to była prawda. Martwiłam się, ale w mniejszym stopniu niż Julie.- Myślę, że powinnyśmy ją zostawić samą, by mogła w spokoju zasnąć.
- Przecież jest sama ! - krzyknęła. Jak już mówiłam jest lekko nierozgarnięta.
- Co ? - na początku nie mogłam uwierzyć w to co słyszę. - Nalegam byśmy wyszły, Julio...- powiedziałam dosadnie.
- Wiesz, że nie lubię jak mnie tak nazywają ! I po raz drugi mówię, że jest sama ! - krzyknęła.
- Cich...- nie zdążyłam nawet dokończyć, bo moje obawy się spełniły. Maggi obudziła się, wymalowaną wściekłością na twarzy.
- Czy wy, cywilizowani ludzie, wiecie, że człowiek jest zmęczony i potrzebuje spokoju, ciszy !?- wrzasnęła. Ja nabuzowana, że się na mnie wyżywa, oddałam jej tym samym.
- Nie drzyj się idiotko ! Nie moja wina, że znów go rzuciłaś ! - krzyknęłam głośniej od niej. Od razu tego pożałowałam. Jej twarz stężała, stała się obojętna. Maggi wstała, podeszła do drzwi i je na oścież otworzyła.
- Zbieraj się Katsumi i to już...! - warknęła. Podeszłam do niej z bojową miną i z wrogością w oczach. Gdy stanęłam koło niej i zobaczyłam w jej oczach jedynie smutek, ból, od razu moja złość, a nawet wściekłość wyparowały w jednej chwili. Ona choć chciała być twarda i nie pokazywać swojej słabości, wciąż nie mogła ukryć tego bólu...
- Maggi ? - zapytałam. Ona tylko uniosła dumnie głowę, nie zaszczycając mnie spojrzeniem. - Wszystko będzie dobrze.... - szepnęłam do niej.
- Wynoś się ! - znów krzyknęła siostra na mnie.
- Meg ona chciała....- powiedziała Julie, ale siostrzyczka nie miała zamiaru nawet jej słuchać i brutalnie jej przerwała.
- Nie wtrącaj się Julia. A ty Kas, wynocha. - wycedziła przez zaciśnięte zęby. Wyszłam tak jak kazała i zaraz za mną zatrzasnęły się drzwi od jej pokoju. Przeszłam kilkanaście kroków, oparłam się o ścianę i sunęłam się na podłogę. Westchnęłam ciężko. Dlaczego cały czas nic mi nie wychodzi ?! Maggi zimna, Emmett coraz częściej zachowuje się jak ojciec i się do niego upodabnia zewnętrznie.... Czy może dlatego tak mi się wydaje, że sama dorastam i widzę więcej ? Nie wiem jak postępować....
Za jakieś dziesięć minut drzwi otworzyły i szybko zamknęły. Julie szła w moim kierunku. Błyskawicznie wstałam. Ona nic nie mówiąc przytuliła mnie.
- C- coś się stało...? - zapytałam zaskoczona i zaniepokojona.
- Ja muszę już iść... Trzymaj się Katsumi - szepnęła - Kas.... - dodała, puszczając mnie. Odwróciła się i zaczęła iść powoli. Nagle odwróciła głowę do tyłu i powiedziała.- Masz bardzo uroczy ubiór....- uśmiechnęła się blado. Otworzyła drzwi wejściowe i zniknęła w promieniach słońca.....
Zadawałam sobie pytanie. Co się stało i dlaczego była taka spokojna...? I co mam teraz zrobić....? Ruszyłam śladem Julie, ale przy tym oglądając ściany. Przeszłam koło dużego lustra, na długość ściany i nagle coś mnie tchnęło. Cofnęłam się i zrozumiałam o co chodziło przyjaciółce Mag. Byłam wciąż ubrana w koszule brata, która odsłaniała mi całe moje nogi. I jeszcze chodziłam boso, i te potargane włosy.... No naprawdę uroczo....
- Już wiem co mam teraz zrobić.... Przebrać się. - powiedziałam, sama do siebie.
****************************************************************************
Ehem, oto drodzy czytelnicy moje trzecie dzieło, trzecia wena. Dłuuuuuuuuuugo musieliście na to czekać i serdecznie za to przepraszam.
Życzę Wam pogodnych i ciepłych Świąt Bożego Narodzenia. Żeby w nadchodzącym roku mielibyście mieli, więcej moich rozdziałów.
Btw: Piosenka ,, Bo we mnie jest seks", przetłumaczona na język francuskim w translator google, więc jest w złym stanie ;__;
No więc- nie mam zdania. Tylko jedno mi się obiło o oczy, że się tak wyrażę.
OdpowiedzUsuń"Był był w jasnych, kremowych kolorach."- o jedno "był" za dużo.
No i gdzieś tam napisałaś "chodź" zamiast "choć".