niedziela, 2 czerwca 2013

Rozdział 4. Pierwsza dziwota...

 Oto mój 4 rozdział. Troszkę ubyło od od ostatniego, ale jak wiecie - szkoła :P Ale nie będę tu mówić. Miłego czytania.
P.S (na początku):  Uprzedzam, że mogą być błędy :)
                                                       


  Po dwóch godzinach na przemian opalania się i pływania w basenie, zaczął mi doskwierać głód oraz pragnienie wypicia czegoś zimnego.  Zebrałam  MP3, pozostawiając resztę rzeczy na tarasie. Przeszłam leniwym krokiem przez salon do holu, potem kuchni. Otworzyłam lodówkę, zauważając, że została napełniona jedzeniem Emmetta. Wyjęłam butelką wody gazowanej wraz z zapiekanką. Zamknęłam nogą drzwiczki lodówki, starając nie upuścić rzeczy, których trzymałam. Odwróciłam się w stronę mikrofali. Niespiesznie włożyłam zmrożoną zapiekankę do urządzania, przysłuchując się brzmieniom saksofonu dobiegającego z słuchawek odtwarzacza. Po kilku minutach wyjęłam ciepłą bułkę i miałam zamiar ją ugryźć, gdy zamarłam. Przy stole w jadalni, siedział Emmett z jakimś mężczyzną niewiele starszym od niego. Nieznajomy miał ciemno brązowe włosy i takie same oczy patrzące szelmowsko prosto na mnie. Obaj popijali piwo z uśmiechami rozbawienia na twarzach. Z nadąsaną miną odłożyłam  jedzonko oraz odtwarzacz. Przeszłam przez pomieszczenie swoim tanecznym krokiem i stanęłam nad '' szlachetnymi panami ".
- Braciszku ? Czy ty przypadkiem nie pijesz alkoholu ? - zapytałam, krzyżując ręce na piersi by wyglądać na bardziej dorosłą.
- Ślicznie wyglądasz, kiciu - odpowiedział, szerzej się uśmiechając. Przewróciłam oczami.
- Normalnie, jak co dzień -powiedziałam z nonszalancją. Wiedziałam, że chciał odwrócić moją uwagę.
- Teraz mogę powiedzieć z ręką na sercu, że masz seksapil - oblizał wargi, a ja nie wiedziałam jak na to zareagować. Spojrzałam na siebie krytycznie. Nie miałam żadnych zastrzeżeń. Wyglądałam schludnie, moje włosy były w modnym nieładzie, a czarne bikini podkreślało moje za duże, jak na mój gust, zaokrąglenia....
No tak ! Bikini !
  Ze złością zmrużyłam powieki, wzięłam piwo z jego ręki i przechyliłam opakowanie. Poczułam dziwny smak i ciepło w przełyku. I tak preferuje wino.Wypiłam go na jeden dech, po czym odłożyłam pustą puszkę na blacie stołu. Emmett wciąż z nie dowierzaniem patrzył na puste piwo, a nieznajomy roześmiał się ciepłym głosem, po czym wstał i wyciągnął w moją stronę dłoń.
- Jestem Louis La Morell i muszę powiedzieć, że jestem tobą zachwycony. - znów się roześmiał. Uścisnęliśmy sobie dłonie, po czym gdy puścił mą dłoń, raz jeszcze zlustrowałam go krytycznym spojrzeniem.
- Louis, tak ? Ja jestem Katsumi, siostra Meg. - powiedziałam. Popatrzył na mnie zdumiony, po czym odparł   przybliżając twarz bliżej mojej.
- Nie mogę uwierzyć.... Nie jesteś, ani trochę podobna do Meg i...i nie wyglądasz  na szesnaście lat !
-Taka prawda - roześmiałam się aksamitnie, a Louis oddalił twarz. Emmett w tym czasie kiedy my się poznawaliśmy, wyciągnął sobie następną puszkę, przypominając, co miałam mu powiedzieć.
- Papa zabronił Ci pić alkoholu....- ostrzegłam go, a on uśmiechnął się figlarnie.
-Tobie też - wystawił mi język, pomachał nam i wyszedł.
- Aha, nic nowego - wzruszyłam ramionami, po czym zwróciłam się do gościa. -Czyli po raz kolejny przyszedłeś powalczyć o Meggi ? Ona jest zdruzgotana, ale nie chce się do tego przyznać, tak jak do tego, że jest ciepłą oraz wrażliwą osobą.
- Prawda - pokiwał głową. - Jest wspaniałą kobietą. Zaradną , uczciwą i delikatną, odważną, śmiałą i zarazem nieśmiałą ! Cudowną istotą ! ..... Kocham ją nad życie.
- Zapytam cię jak każdy inny, by się zapytał: Co zrobiłeś, że ona zwątpiła w waszą miłość ?- zapytałam ciepłym głosem. Był zraniony, nie pewny, ale zdeterminowany. Już lubię faceta.
- Trudno mi o tym mówić. Nie wiedziałem, że takie rzeczy mogą mi się przytrafić. Powiem krótko. - potarł ręką kark.- Jak każdego dnia odwiedziłem ją w klinice, w której pobiera nauki od najlepszych lekarzy. Powiedziano mi, że Meggi  jest zajęta. Trochę mi było tęskno za nią, ale postanowiłem, że będę czekać. Siadłem na wygodnej kanapie i... zasnąłem. - roześmiał się smutno. - Obudziłem się, jak jakaś kobieta całowała mnie w usta. Nie znałem jej. Nie wiedziałem, jak zareagować. Niestety, w tej chwili gdy nieznajomą odsuwałem od siebie, weszła Meg. Nic nie powiedziała, oprócz słowa ,,nigdy", a potem wybiegła. Biegłem za nią, ale oczywiście jej nie dogoniłem. Dopiero pod domem.... Reszty możesz się domyślić.
- No to racja. - Uśmiechnęłam się przyjaźnię. -Nie wiem czy wiesz, ale Meggi jest bardzo zazdrosna i zaborcza. A jeśli chodzi o tą całą, niecodzienną sytuacją, to cóż mogę rzec.... jak można się domyśleć, Meg pomyślała sobie, że ją zdradzasz. Co do słowa ,, nigdy" to pewnie miało oznaczać ,, Nigdy więcej nie zakocham się i nie zaufam". Jedyne co mogę na tą chwile zaproponować, to żebyś poszedł do niej i tłumaczył do upadłego, aż uwierzy.... Lub w skrajnym wypadku, wyważyć drzwi - zaśmiałam się, a on mi zawtórował.
-  Nie mogę uwierzyć, że akurat tobie się zwierzyłem. Do tego dołączyć te twoje rady - zaśmiał się radośnie, po czym zmierzwił mi włosy ręką. - Dzięki, młoda. Na pewno skorzystam. - wstał i żwawym krokiem poszedł do, jak się domyślam, swojej ukochanej. Zostając sama, złapałam już zimnawą zapiekankę i szybko ją zjadłam. Sięgnęłam po butelkę i przeszłam do salonu.
  W salonie, na kanapie, siedział mój przystojny "książę". Patrzył się w przestrzeń, nie zwracając na nic uwagi. Podeszłam do kanapy i przeskoczyłam oparcie. Podskoczył wystraszony .
- Czyś ty zwariowała !? - zapytał, nie kryjąc rozdrażnienia.
- Eee.... Nie ~. -odpowiedziałam słodkim głosikiem niewiniątka. Odłożyłam butelką na stoliku obok kanapy.
- Uh..... - odetchnął. - Czekałem na ciebie. Mam dla ciebie prezent. - uśmiechnął się łobuzerko.
- Mówiłam, żebyś nie kupował mi żadnych prezentów. - sprzeciwiłam się na darmo. Emmett schylił się i wyciągnął z spod kanapy średni, czarny pakuneczek. Wzięłam niechętnie od niego prezent i szybko go rozpakowałam. Po rozłożeniu następnego czarnego, aksamitnego w dotyku, czarnego materiału, zatkało mnie. Była to czarna sukienka mini z długim rękawem i dekoltem w łódkę. Z tyłu materiał był wycięty głębiej, pokazując więcej niż połowę pleców.



- Dz...Dzięki ~~! - rzuciłam się na braciszka. Zaczęłam go przytulać, całować po twarzy.  Nie musiałam mu mówić, że nie wiadomo kiedy ją założę, ale tego nie musi wiedzieć. - Jest fantastyczna ! Dzięki, dzięki dzięki ~!
- Ha ha ha ! - zaśmiał się głośno. -Nie ma za co, Katsumi. Cała przyjemność po mojej stronie.
- Ale i tak, jeszcze po stokroć raz dzięki. - przytuliłam go mocno, a potem odsunęłam się od Emmetta.
- Dobra kicia, ja muszę parę spraw pozałatwiać na mieście. Przypilnują cię gołąbeczki. - powiedział głośno, wstają. Po czym nachylił się do mojego ucha i szepnął: - Cała chata twoja do końca dnia.
- Hehe, skorzystam - mrugnęłam do niego.

 Wbiegłam do pokoju i walnęłam prezent na łóżko. Żegnanie braciszka to ciężka praca, ale fajnie go po wkurzać.
  Wzięłam telefon do ręki, przeglądając od niechcenia aplikacje, kontakty, wiadomości. Tak naprawdę nie wiedziałam, co chce robić. Może by z kimś pogadać ? Spotkać się ? Doby pomysł, ale z kim ? Z Haną ?
Nie może. Even'em ? Bez sensu, znowu bym dostała karę, że się z nim spotykam. Segi także, bo od razu na zakupy chce iść. A reszta moich znajomych tych dalszych, to i tak, i tak pewnie nie będzie chciała....... Chyba, że.... Wepchnę się na korepetycje z chemii ! Wybrałam numer Arisy. Po dwóch sygnałach odebrała.
- Halo ? - usłyszałam słodki głos przyjaciółki, plus, ciekawe odgłosy w tle. - Kasumi ?
- Hej, to ja. Mam sprawę.
- Zaraz powiesz. Właśnie miałam do ciebie zadzwonić Kasumcia, ale tak jakoś wyszło. - odpowiedziała Arisa, po czym nie czekając na odpowiedź, zaczęła mówić. - Nie wiem czy pamiętasz, ale wspominałam coś o Akirze, nie ? No więc, ona ma brata w wieku dwudziestki i on prowadzi zespół. Nazywa się ,,Distract me " i ma wystąpić dziś wieczorem w clubie ,, Black Pen". Ten, ten na nabrzeżu po wschodniej stronie. Jeśli byś chciała iść to jest o godzinie 19:00. Płaci się chyba dziesięć dolarów. Ja idę z Ann~~ Z tego co wiem Hana nie może, bo rodzice jej nie puszczą. Wiem do bani.... Jeśli byś chciała, to przyprowadź ze sobą kogoś, na przykład twojego brata....
- Arisa ! - skarciłam ją.
- By było więcej pieniędzy dla sierocińca i dla Akiry~~ - dokończyła, nie zważając na mój sprzeciw, co do mojego brata.
- Aha.... Będę to miała na uwadze....- odpowiedziałam.
- Co na uwadze ? - zaciekawiła się.
- A.... Nic, nic.... Powiedz mi lepiej, jak ja mam się ubrać, hm ?
- Najlepiej nie skromnie.... Ma być seksownie to na pewno. Wiesz, nawet jeśli zespół ubiera się na kolorowo, to club pozostaje ten sam, iks de ~~ - zaśmiała się różowo-włosa i ktoś jej zawtórował. Domyśliłam się, że to ta Ann. - A ! Chciałaś coś powiedzieć, Kasumcia, prawda ?
- Em.... A no tak, chciałam, ale to już nie ważne. Jeszcze raz dzięki za zaproszenie, na pewno przyjdę.
- To wspaniale ! - krzyknęła Arisa i się pożegnała. Odłożyłam komórkę na nocny stolik koło łóżka, a mój wzrok skierował się na czarną sukienkę.
- To co, kicia ? Idziemy trochę się zabawić ? - powiedziałam sama do siebie. Na mojej twarzy wykwitł  kpiący uśmieszek.

   Spakowałam dwie torby. W jedną włożyłam kosmetyki, a do drugiej ,,seksowne" ubrania. Komórkę wsadziłam do spodni dżinsowych. Z tym ekwipunkiem zeszłam na duł. Torby zostawiłam przy dzwiach wejściowych. Zostało mi tylko jedno i mogę ruszać.
  Szybkim krokiem przeszłam hol. Otworzyłam drzwi mojej siostrzyczki i..... stanęłam, jak słup soli. Nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Najpierw Arisa, teraz Meg. Nie mają co robić w wolnym czasie ? Moja siostra i jej narzeczony leżeli w niedwuznacznej pozie na łóżku. Rozumiałam, że amorki, no i w ogóle są siebie spragnieni, ale ja mam ważną sprawę.
  Gdy szok niedowierzanie minęło, zatrzasnęłam drzwi. Oboje zastygli i popatrzyli na mnie. Louis zaczął się śmiać, a Meggi, jak to ona, krzyczeć na mnie.
- Hola, hola, nie drzyj się siostra. - podniosłam ręce na znak pokoju. - Chciałam się tylko spytać, czy byś nie pożyczyła mi samochodu...?
- To ty masz prawko ? - zapytał zdumiony (nie po raz pierwszy tego dnia) Louis.
- Mama jej sprezentowała na 15 urodziny. Zdała test i teraz ma. - odpowiedziała mu Meg, nadąsana.
- Nie przyszłam na pogawędkę. Śpieszą się trochę, więc bardzo bym była rada, gdybyś się pospieszyła z podjęciem decyzją. - pospieszałam.
- Nie dam ci. A w ogóle to gdzie ty jedziesz ? - dopytywała się Meggi.
- Na wschodnie nabrzeże. Grają koncert w ,, Black Pen". - odpowiedziałam, teraz ja nadąsana. - Nie pojadę jeśli nie mam auta. Nie możecie mi po prostu dać tych cho.... mhm, kluczy ? Będziecie mieć wolny wieczór bez wścibskiej siostry.... - kusiłam, uśmiechając najpiękniej jak umiałam. - Proszę ?
- Ja się zgadzam, ślicznotko ! - powiedział ze zduszonym chichotem Louis, wyjmując kluczyki ze spodni, po czym rzucił do mnie. Złapałam w locie, wdzięcznym ruchem. Uśmiechnęłam się łobuzerko i "puściłam oczko" do narzeczonego Meg. Odwróciłam się i wyszłam, zamykając drzwi. W podskokach znalazłam się przy drzwiach, łapiąc torby. Wyszłam przed dom, kierując się do nowoczesnego, czarnego Citroena Numero 9.
Co nieco wiedziałam o nowych samochodach, bo wujek z Włoch prowadzi handel nimi.
  Wsiadłam do wygodnego wnętrza samochodu, rzucając z tyłu torby. Zapaliłam, rozkoszując się dźwiękiem silnika i gładko wjechałam na drogę. Jazda do domu Hany-chan, była bardzo przyjemna.

 Dom Hany był raczej utrzymany w ciepłych barwach. Czuło się kobiecą rękę i rodzinną atmosferę. Pani Mitsuzawa (mama Hany) zaprowadziła mnie do saloniku, gdzie siedziała cała rodzina. Hana czytała książkę na kanapie, obok niej, jej młodszy brat Yujiro robił jej warkoczyka. Ojciec fioletowo-włosej, czytał gazete na pobliskim fotelu. Jak w normalnej rodzinie. Tęskniłam za nim, bo u mnie za często nie było takich dni, nawet w weekendy.
 Yujiro gdy mnie zauważył, zerwał się i podbiegł do mnie, przytulając się do mnie. Pogłaskałam go po jego blond włosach, uśmiechając się ciepło. Trochę przypominał mi Patricka....
- Kasumcia~! - zawołał. -Na ile przyszłaś ? Pobawisz się ze mną i królisiem~?
- Na krótko. Przykro mi. Chciałam zapytać, czy państwo pozwolili by Hanie iść ze mną na koncert ?  - zapytałam, posyłając niewinny uśmiech i spojrzenie wszystkim zebranym. - Bardzo proszę.
-Oh...-odetchnęła mama Hany. -No dobrze. Rozumiem, że będzie trwał do rana, ale zgadzam się. Ufam tobie Katsumi. - obróciła się do córki. - To co kochanie ?  Chcesz iść na ten koncert ?
- Tak~! Dzięki mamo ! - zawołała moja przyjaciółka.- Tylko się przebiorę i możemy jechać.
- Em... Nie musisz.....Tak jest lepiej....- powiedziałam, dukając. Spojrzała na mnie zaskoczona, a potem kiwnęła potakująco głową.
  Gdy oby dwie pożegnałyśmy się, ruszyłyśmy w drogę. Milczałyśmy obie. Nie wiedziałam, co się stało. Zawsze miała dużo energii.
- Czy coś się stało ? - zapytałam.
- Nie...nic. - szepnęła, odwracając wzrok.
- Hana.... Przecież wiem, że coś cię gryzie. No, mów że !
- Przypominasz sobie tą rozmowę przed zakupami ? - zapytała Hana-chan, a ja w odpowiedzi pokiwałam twierdząco głową. - No więc, ostatnio cały czas o niej rozmyślałam. W pewnym momencie zorientowałam się, że Arisa więcej przed nami ukrywa niżby my dwie razem. - dokończyła za słyszalnym smutkiem. Popatrzyłam na nią przez chwile, po czym odwróciłam wzrok na drogę.
- Nie masz racji, kwiatuszku - uśmiechnęłam się lekko, na co ona popatrzyła zaskoczona. - Dziwisz się ?
- Jasne, że tak. Wy obie wiecie o mnie prawie wszystko !
- Dobrze, więc powiedz mi czy wiesz o tym, że pan Matthew nie jest prawdziwym ojcem naszej różowej ? - zapytałam, nie spuszczając wzroku.
- Nie ! A ty skąd wiesz ?! Powiedziała.... ci ? A mi nie uf.... - przerwałam Hanie, zaprzeczając ruchem głowy.
- Ufa ci. Po prostu mnie to zaintrygowało taka różnica wygląda między nimi. Oczywiście, czasem się tak zdarza, ale zawsze jest coś wspólnego między rodzicem, a dzieckiem....  - przerwałam. Teraz miałam jej powiedz coś najgorszego, co może zniszczyć naszą przyjaźń, choć myślę, że zrozumie.
- Ufasz mi ? - zapytałam, wpatrując się w nią intensywnie.
- Oczywiście. - odpowiedziała z pewnością w głosie.
- Jeśli tak to powiem ci coś czego moja rodzina kazała mi nie mówić. - uśmiechnęłam się cynicznie. - Jak wiesz, ja łamię zasady.
- To jest ta tajemnica ? Akurat to, to sama wiedziałam.
- Nie, nie. - zaprzeczam. - Moi rodzice to znani ludzie, kiedyś wam o tym więcej powiem. Co do sekretu... Wynajęli detektywów by wyskrobali każdej z was historie waszej rodziny. Za czym mi przerwiesz. Zrobili to każdej zbliżającej się osobie do ich dzieci. Jak się o tym dowiedziałam, nie chciałam nawet tego wziąć do rąk.
- Ale później wzięłaś ? - spytała spokojnie, co mnie zaskoczyło. Odwróciłam na chwilkę od ulicy wzrok i popatrzyłam na jej twarz. Uśmiechała się ze zrozumieniem, co mnie wielce ucieszyło. Naprawdę, takiej przyjaciółki to szukać ze świecą !
- Nie, dopiero ostatnio.  Nie powiem ci nic o niej więcej. Jak będzie chciała to nam powie, a to zawsze inaczej niż suche fakty.
- Czyli ty o nas wiesz więcej ? Hm.... A ty nam kiedyś się zrewanżujesz, cókiereczku ?- zapytała z rozbawieniem Hana. Zaśmiałyśmy się obie. Przez chwile panowała cisza, a potem odezwałam się pierwsza. Zdecydowałam się jej powiedzieć choć trochę, o moim najskrytszym nieszczęściu z przeszłości.
- Powiem ci w rewanżu, część tajemnicy. Kiedyś, a dokładnie jakieś 6 lat temu, umarł ktoś dla mnie... naszej rodziny, bardzo ważny....  W naszej rodzinie nikt o tym za bardzo nie chce rozmawiać, ale myślę, że nawet w kilku charakterystycznych chwilach kiedy z nim robiliśmy razem, przypomina im się Pat..... On.... - poprawiłam się pospiesznie, ale Hana i tak to wyłapała.
- Pat... ? Jeśli nie chcesz powiedzieć to nie musisz....
- Nie. Muszę. Ktoś z zewnątrz musi się dowiedzieć. - odetchnęłam i  zadrżałam na wspomnienie ślicznej buźki Patricka. Na jego śmiech, na jego wielkie szaro-niebieskie oczęta....
  Nawet nie zauważyłam kiedy zaczęłam cicho płakać. Łzy leciały mi po twarzy, ale żadnego dźwięku nie wydawałam. Hana od razu chciała mnie przytulać, ale ją delikatnie powstrzymałam. Otarłam łzy i wciągnęłam kilka drżących wdechów, po czym powiedziałam już opanowanym głosem.
- Miał na imię Patrick. Wybacz Hana, ale więcej nie mogę ci powiedzieć. - westchnęłam ciężko uśmiechając się smutno.
- Dziękuje. - uśmiechnęła się ciepło, po czym zachichotała i zapytała przedrzeźniając naszą panią od angielskiego. - Katsumi Bonet, jaki jest twój wymarzony partner ?



Tym ładnym akcentem zakończymy. Mam nadzieje, że Wam się spodobało.
Piszcie w komentarzach uwagi lub spostrzeżenia, albo wasze pomysły, które mogę użyć ;D

czwartek, 16 maja 2013

Carpe Diem - "Taka biba" cz.1

Witajcie, tu znowu ja- Arique-chan~. Stęskniliście się? Mam dla was nowe opowiadanie, ale tak jak reszta, raczej nie związane z tym, co pisze Kas. No chyba, że ona będzie chciała to gdzieś wepchnąć. Podzieliłam to opowiadanie na dwie części, ponieważ jest odrobinkę... długie.  Zresztą, wciąż jest w fazie pisania i przerabiania, dlatego część 2 będzie za jakiś czas. Pomiędzy tekstem możecie znaleźć linki do muzyki, co by się bardziej wkręcić, a poza tym będą nie tylko obrazki- teraz też zdjęcia. To raczej tyle w sprawach biznesowych, przejdźmy do konkretów. ^^
BON BON - Hey!Say!7

Tego dnia Arisa nie wybierała się w żadne konkretne miejsce, więc zgodziła się iść wraz z przyjaciółkami na miasto. Kończyły wyjątkowo wcześnie, jeszcze przed 12. Gdy dziewczyny usłyszały, że różowowłosa zgadza się „poodwiedzać” z nimi  sklepy pełne różnego rodzaju ciuchów, butów i kosmetyków, niemalże jednocześnie krzyknęły „No wreszcie!”.
 
-No wybaczcie mi, dużo spraw mi się zawaliło w jednej chwili~.- Arisa starała się przebłagać przyjaciółki o wybaczenie.
-No jasne. Ciągle się zrywałaś z dodatkowego japońskiego, choć tak bardzo lubisz ten kraj i język.- odparła z niesmakiem Hana.- I za każdym razem szłaś nie w stronę domu, a metra. Gdzie ty niby jeździłaś?!
-Na przedmieścia…
-Ach tak, „na przedmieścia”. I mówisz to tak, jak gdyby nic? Co ty tam robiłaś?!
-Wybacz, nie mogę tego powiedzieć.
-Czemu?
-Bo nie wiem, czy oni by tego chcieli… ech…
-I dla jakichś ludzi nie chcesz nam powiedzieć? Myślałam, że jesteśmy przyjaciółkami! – głos Hany był pełen wyrzutów. Nigdy się nie szczypała, jeśli coś jej nie pasowało.
-Czasami nawet przyjaciółki nie mówią sobie wszystkiego…
-DZIWECZYNY! DOSYĆ!- wtrąciła Katsumi. Kłótnia przyjaciółek zaczęła doprowadzać ją do szału.- Idziemy na zakupy, żeby się odstresować, a nie pozabijać! Prawda~?
-No tak, tak. Przepraszamy~~.
-Świetnie~! A teraz chodźmy do House’a, tam znajdziemy przynajmniej coś dla Arisy i może dla siebie też. Hehe~.
 
Nastolatki weszły do sklepu. Arisa uśmiechnęła się na widok luźnych bluzek na grubych ramiączkach i podbiegła do nich. Na oko potrafiła określić, który rozmiar będzie na nią dobry i w którym wzorze będzie jej najlepiej. Wybrała więc zwykłą, białą, a do niej już wcześniej upatrzoną bladoróżową spódnicę za kolana. Podeszła do kasy i zapłaciła.
-Muehmuehmueh, półdarmo.- uśmiechnęła się zadowolona.
-Ile?
-Prawie pięć dyszek~.
-Dziewczyny~~, co myślicie o tej sukience?- dobiegł je głos Hany z przymierzalni. Momentalnie się tam udały. Fioletowowłosa stała ubrana w śnieżnobiałą, zwiewną sukienkę w różowe kwiaty.
-Świetna~!- zawołała Arisa.- Bierzesz ją.
-Nie wiem, raczej nie mam pasujących butów…
-Dlatego później pójdziemy do CCC, czy coś. Myślisz, że ja mam pasujące buty?- spytała Arisa.
-Patrząc na to, że samych balerinek masz pięć par, to tak. Masz pasujące buty.- zaśmiała się Katsumi.- Po co ci więcej?
-Moje problemy są większe, niż możesz się spodziewać, kochana. Teraz chcę jakieś sandałki~.
-Masz problemy…
-No przecież mówię~! Tak, czy tak, Hanuś, bierzesz ją.
-Ciekawe, jak droga…
-A czy to ważne? Najwyżej ci się dołożymy, bylebyś ją miała~!- pisnęła Katsumi, która dopiero co zauważyła, jak jej przyjaciółka uroczo wygląda w sukience.
Przez chwilę Hana zastanawiała się, co zrobić. W końcu zapłaciła za ubranie i dziewczyny wyszły ze sklepu.
-No i bucików sobie nie kupię. – zauważyła fioletowowłosa, patrząc do portfela.
-Nie martw się.- odparła Katsumi.- Ja i Arisa się złożymy i kupimy ci te buciki~i. To będzie taki prezent.
-A ja mam lepszy pomysł.- różowowłosa wydawała się zamyślona.- Kasumi kupi ci buciki, a ja jakieś fajne dodatki. Taki prezent z okazji wiosny, hehe~.

-Ale po co mi to?- Hana załamała się.
-Bo trzeba się zacząć stroić. Póki co dla nas, a później dla swojego chłopaka~.
-Ja miałabym mieć chłopaka?
-No chyba nie dziewczynę? Iks de~e.
-Znowu to powiedziałaś.
-O boże… nie, nie przychodź. Dobra, lecimy do CCC~!
 
 
Dziewczyny weszły do kolejnego sklepu. Miały nadzieję, na szybkie wyjście z niego, jednak to nie było takie łatwe. Zanim każda znalazła odpowiednie obuwie minęło dziesięć minut, a kolejne dziesięć zeszło na szukanie odpowiedniego rozmiaru. Katsumi, nie widząc nic ciekawego, dała sobie spokój z zakupami. Uznała, że zawsze może poprosić Emmetta, by przywiózł jej coś fajnego. Chodziła więc tylko za przyjaciółkami, ale jej zapał nie zmalał. Na widok ślicznych, beżowych balerinek z kokardkami, aż zapiszczała. Spojrzała na cenę. „115zł… wcale nie tak dużo…” pomyślała i zawołała do siebie Hanę. 
-Będą się świetnie komponować, jeśli kupimy ci do tego odpowiednią torebeczkę. Arisa, spójrz~!
-Co takiego?- dziewczyna podbiegła do znajomych, chwyciła półbuta w rękę i zaczęła dokładnie oglądać.- Chcesz do tego dużą torbę, czy małą torebeczkę?
-Raczej małą…- odparła Hana. Była trochę zmieszana ekscytacją przyjaciółek i ich zapałem, do zakupienia jej nowych rzeczy. (Tym bardziej, że teraz miała małe problemy pieniężne w domu, o czym one wiedziały).
-Świetnie~. Pójdziemy do Butiku, tam widziałam taką fajną torebkę beżową. Będzie idealna~! A teraz znajdźcie rozmiar, ja idę po moje sandałki~.
Po jakichś pięciu minutach wszystkie stały przy kasie. Podekscytowana Arisa nie mogła ustać w miejscu i przeskakiwała z jednej nogi na drugą.
 


Sekaiichi Hatsukoi Ed Full
W końcu udały się do butiku oddalonego o dziesięć minut drogi. Katsumi zaczęła narzekać na pogodę, choć po dwóch tygodniach deszczu i mrozu powinna się cieszyć. Był początek maja. Temperatura dochodziła do 30 stopni Celsjusza, a promienie słoneczne mocno ogrzewały przechodniów, którzy postanowili wybrać się na miasto. Na błękitnym niebie co jakiś tylko czas przelatywały śnieżnobiałe obłoczki. 
Przyjaciółki zwróciły uwagę na przechodzących czterech mężczyzn. Mieli koło 17, może 18 lat, a ubrani byli modnie, w wąskie spodnie, trampki lub mokasyny i kolorowe bluzki, na które zarzucone mieli rozpinane swetry, bluzy albo marynarki. Fryzury mieli różne; proste lub delikatnie zakręcone, krótkie albo do ramion; było dwóch brunetów, jeden blondyn i jeden czarnowłosy. Z buziek mogli kojarzyć się z nastoletnimi gwiazdami pop.
Arisa nie udawała nawet nie zainteresowanej i gdy tylko się wyminęli, okręciła się, by dokładniej ich ocenić. Chłopcy też patrzyli w jej stronę. Możliwe, że z kimś im się kojarzyła. Uśmiechnęła się i pomachała im. Speszyli się i szybko odwrócili głowy, zajmując się rozmową na jakiś temat. „Huh? Uroczo~~.” Pomyślała, po czym zaśmiała się.
-Jesteś zła. Tak chłopaków peszyć?
-Ale oni byli tacy uroczy w swoim zachowaniu~~. Gdyby odmachali, to bym podbiegła i zagadała, a tak, to nie wiem…
Hana i Katsumi roześmiały się.
-No co?
-Naprawdę jesteś zua~~.
-I straszna, stanowczo straszna.
-Ahan, straszna ja zawsze spoko. Iks-de~.
-Znowu…
-Wiem, kij z tym.
Weszły do Butiku, z którego wyszły po dziesięciu minutach, z zakupem w ręce. Zastanawiały się, gdzie iść dalej. Kiedy Hana rzuciła propozycję lodów, wszystkie się zgodziły. Skręciły w stronę ulicy z najlepszą lodziarnią i przeszły kilka kroków, gdy ktoś z tyłu popchnął Arisę, a gdy zaczęła upadać, złapał ją.
-Ach, Arisa, gomen.- To był Yuuda. Chłopak uśmiechnął się przepraszająco, a po chwili podbiegł do niego Aruko i mocno kopnął brata w łydkę. 
-Ał! Przecież ją przeprosiłem, Ru-chan~.
-Chłopaki~~. Ohayou~. Jak wam idzie otwieranie się na innych?- Arisa przywitała się, a jej przyjaciółki stanęły zdziwione.
-Kim oni są, Arisa?- spytała Katsumi.
-Jestem Yuuda, 15 lat. A to mój młodszy o rok brat, Aruko. Miło poznać.
Obaj skłonili się.
-Możemy wam potowarzyszyć?- zapytał Aruko. Jak kiedyś zauważyła Arisa, chłopak mówił, lecz odzywał się rzadko. Oszczędzał głos, gdyż świetnie śpiewał, ale bardzo go to męczyło (tak, jak wiele pojedynczych zdań).
-Hmm… Czemu nie?- odparła Katsumi.
Dalej szli  w piątkę. Po zakupieniu lodów chodzili bez celu, beztrosko rozmawiając. Dziewczyny dowiedziały się wiele ciekawych rzeczy o znajomych Arisy, jednak nikt do tej pory nie powiedział im, że bracia są sierotami.
Wybiła piętnasta.
-Oho, musimy wracać.- zauważył Yuuda.- Arisa, odprowadzisz nas?
-Spoczko~~.
-My też możemy?- zapytała Hana.
Yuuda spojrzał na brata, który do tej pory odezwał się tylko raz. Nic nie odpowiedział. Nie kiwnął nawet głową, ale starszy i tak wiedział, jak brzmi odpowiedź.
-Jeśli tylko chcecie~.
-Świetnie~!
-Ale to trochę daleko, a chcemy iść pieszo.
-Daleko?
-Nom, na północno-wschodnie przedmieścia.
Hana spojrzała gniewnie na Arisę.
-Ty nic nie rozumiesz…- szepnęła Arihyoshi.
-No właśnie! Przypomniało mi się coś ważnego~! Robimy dzisiaj imprę, znaczy się zarządca postanowił. Wiesz, dla domowników od 14 roku życia i dla wolontariuszy 14-20 lat. Przyłączysz się? Twoje znajome też będą mile widziane~~. Skoro będzie Ann, jej przyjaciółka i Eriko…
-Teraz mi mówisz?! Muszę się przebrać! Chodźcie ze mną! 
Arisa pobiegła w stronę swojego domu, a jej przyjaciele- oczywiście- popędzili za nią. Po bliżej nieokreślonym czasie wszyscy znaleźli się w domu nastolatki. Hey Kyuun ugościła młodych jak własne dzieci, co było oczywiście normalne, a jej córka w tym czasie pobiegła się przebrać.
-Więc idziecie na imprezę?- spytała kobieta, podając nastolatkom szklanki z wodą.
-Tak, ale proszę nie mówić moim rodzicom. – odparła Katsumi.- Nie ma ich chwilowo w domu, więc…
-Tak samo ze mną.- dodała pospiesznie Hana.
-Ach, rozumiem, rozumiem. To nic takiego, nawet nie mam zamiaru mówić.- Hey uśmiechnęła się delikatnie.
-Ach, nawet nie wiemy, jaki to rodzaj imprezy.- zauważyła granatowowłosa.
-Najgorszy. Chlanie, ćpanie, rozbieranie się, „bo gorąco”, i tak dalej.- doszedł ich znudzony głos Aruko.
-Ojeju…- Hey zdziwiła się.- Takie rzeczy w sierocińcu?
-SIEROCIŃCU?!- krzyknęły obie nastolatki.
-Tak, sierocińcu.- do salonu weszła Arisa. Ubrana była w bardzo krótkie jeans’owe spodenki, luźną białą bluzkę na ramiączkach z za dużym dekoltem (widać było jej czerwony biustonosz) i złote szpilki. Miała też złotą torebeczkę, w której zmieściła portfel, komórkę (dwie komórki) i błyszczyk. Włosy pozostawiła proste, jedynie grzywkę upięła srebrnymi spinkami.
-ZMIEŃ TĘ BLUZKĘ NATYCHMIAST!- wydarł się Matthew, który dopiero wrócił z pracy.
-Nie zmienię~.
-Owszem zmienisz!
-Nie, ponieważ: a) idę na imprezę, trza sobie sprawić chłoptasia (a jak wiemy wolontariusze mogą być fajni); b) wyglądam w niej zajebiście; c) trzeba podkreślać swoje kształty~. – w tym momencie wskazała na swój biust.
Pan Staley wykonał przysłowiowego „facepalm’a”.
-Dziecko… Jesteś za młoda, masz dopiero szesnaście lat…
-Ale jestem już wyjątkowo rozwinięta fizycznie i psychicznie, więc nie widzę problemu~.
-Córciu…
-„Raj, którego nocą pragniesz tak, jak ja~…”- zanuciła.
-Ech, no dobrze córeczko, tylko się nie przelicz. 
-Z czym?
-Ze swoim rozwinięciem, albo z tym, że kogoś sobie znajdziesz…
-A w ogóle to czego na tej imprezie nie wolno, a co wolno?- wtrąciła Katsumi.
-Więc tak…- Arisa zaczęła tłumaczyć dziewczynom, co wolno na imprezie dla nastolatków od 14 roku życia w tym jednym domu dziecka. (Za dużo, by wypisywać…)- A nie wolno… Cóż, jedynie wdawać się w bójki, lub uprawiać seks. Wiecie, jednak to nie ten wiek, a jakby któraś podopieczna zaszła niedajboże w ciążę, to byłby problem…
-Ale ludzie i tak mają to gdzieś i robią co chcą.- dokończył Yuuda.
-A o tym to nie słyszałam… Nieźle się porobiło.- różowłosa zachichotała.- Ale zanim wyrobicie sobie zdanie o tym sierocińcu, to uwierzcie, że to naprawdę dobre miejsce ze świetnymi warunkami.
Rozmawiali tak jeszcze kilka godzin. Dziewczyny uznały, że pożyczą od Arisy ciuchy na tę okazję. Katsumi (jakimś cudem) znalazła dla siebie białą bluzkę z krótkim rękawem, ciemne rurki i czarną kamizelkę. Hana zaś wzięła przyduży różowy sweterek i granatową mini.
 
 
Około godziny 19.00 wyszli z domu Arihyoshi. Pogoda wciąż dopisywała i nic nie wskazywało na to, że mogłaby się zepsuć. Powoli się ściemniało.
-Jedziemy, czy idziemy na piechotę?- spytał Yuuda.
-Ja bym się przeszła, ale nie wiem, jak wy.- odparła Arisa.
Po chwili każdy zgodził się na spokojny spacer. Po drodze Hana i Katsumi ciągle prosiły przyjaciółkę, by poprawiła sobie bluzkę. Ta jednak nie zwracała na to uwagi i szła dalej, pozwalając jakimś mężczyznom patrzyć się na siebie. Dobrze wiedziała, w jakim stanie najprawdopodobniej wróci do domu i jak po drodze narozrabia. 
Hana czuła się dziwnie. Coś w środku nie pozwalało jej teraz bawić się tak, jak przyjaciółki. Nie mogła pojąć, jak można urządzać imprezę w sierocińcu, ale… Ale jeśli Arisa chodziła przez ten czas właśnie do domu dziecka, Mitsuzawa chyba powinna ją przeprosić. Jednak jak miała ją przeprosić, jeśli należała do grupy większości ludzi, tych, którzy nie potrafią przyznać się do błędu? Zresztą, Arihyoshi nie wyglądała na przejętą. Wydawałoby się wręcz, że nie chce o tym rozmawiać. I rzeczywiście tak było. W końcu fioletowowłosa postanowiła zapomnieć o sprawie i bawić się z resztą, ale nie pić, tak, jak przyjaciółki. Zdawała sobie sprawę z tego, że dziewczyny z chęcią zasmakują napojów grzechu. „Tym bardziej, jeśli będzie Ann i Eriko.” Pomyślała.
W końcu po blisko godzinie łażenia skrótami dotarli do olbrzymiego i zadbanego domu dziecka...

~~
C.D.N. (za jakiś czas)~
A teraz kilka zacnych cosplayów Megurine Luki, albowiem nie mogę się powstrzymać. :>






I tyle~~ A teraz sayonara, wrócę do Was za jakiś czas~! :3

czwartek, 28 marca 2013

Carpe Diem - "Głupia nadzieja"

Dostaniecie dzisiaj jeszcze jedną część, napisaną trochę inaczej, niż poprzednią, ale bardzo podobną. :P Tak więc czeka Was jeszcze więcej życia Arisy~~.

X Japan - Endless Rain



Po raz kolejny zwolniła się z lekcji. Tego dnia nie miała ochoty wysłuchiwać katechetki, ciągle mówiącej, jak bardzo grzesznym społeczeństwem są. Prawdę powiedziawszy, gdyby tylko mogła, w ogóle nie przyszłaby do szkoły. Jednak Matthew uparł się i Arisa nie miała innego wyjścia. Przez cały dzień wydawała się być nieobecna. Nie odpowiadała na pytania nauczyciela, a nawet ich nie słyszała. Prawie dostała jedynkę z trzech przedmiotów, gdyby nie pomoc przyjaciółek. Jej myśli mąciły wydarzenia, sprzed kilku lat i dobrze wiedziała, dlaczego. To był ten dzień, dzień w którym od czterech lat zostawała w domu, zamknięta w pokoju, sama ze sobą. Tym razem jednak, nie udało jej się wyminąć lekcji. Dlatego też przed religią (na którą uczęszczała przymusem), poszła do pielęgniarki. Starsza kobieta przeraziła się trochę, widząc, jak blada jest dziewczyna. A gdy Arisa zaczęła mówić, powoli, pełnym żalu i smutku głosem, pozwoliła jej wrócić do domu.

Różowowłosa jednak nie wróciła do domu, choć takie były jej początkowe zamierzenia. Zaczęła kręcić się po mieście bez celu, ale jakby szukając czegoś... a może raczej kogoś? Tak, szukała kogoś, a tym kimś była nieżyjąca od czterech lat Ako. Wiedziała, że to bez sensu, ale wciąż miała tą maleńką nadzieję w sercu, która mówiła jej, że nic takiego się nie wydarzyło, a onee-chan niedługo powróci z jakiejś długiej podróży.
-Głupia nadzieja...- zdziwiła się, słysząc własny głos przepełniony bólem. „I równie głupia pogoda” dodała w myślach.

I rzeczywiście, pogoda do najlepszych nie należała. Wiał mroźny wiatr, było mgliście. Po szarym niebie przelatywały ciemne chmury. Ludzie spieszyli się, jakby pewni, że za chwilę lunie deszcz. Tak też się stało. Ulice praktycznie opustoszały. Jedynie Arisa szła powoli, pozwalając zimnej wodzie moczyć swoje ciuchy i włosy. Zawiało jeszcze mocniej, a gumki wiążące jej włosy w dwa kucyki pękły.

Nieświadomie szła przed siebie. Czuła się beznadziejnie i do niczego. Ogarnęło ją przerażenie. Wszystkie wspomnienia związane z Ako nagle wróciły. A najgorsze było to, że wciąż dokładnie pamiętała jej twarz, podczas ostatnich jej dni, kiedy to cała radość uszła z blondynki, a pozostał strach i smutek. Nie ważne, jak bardzo chciała zapomnieć, nie mogła.

Szła przez park. Zobaczyła błysk, a po chwili grzmot. „Burza? Heh, badziewnie.” Cudem uniknęła spotkania z drzewem, w które trafiła błyskawica. I wtedy właśnie przejrzała na oczy. Zaczęła widzieć otaczające ją rzeczy, zrozumiała, że otarła się o śmierć i, że idzie w stronę cmentarza, a choć wcale tego nie chciała, nie potrafiła się zatrzymać. Z kolejnym błyskiem znalazła się pod murami starego cmentarzyska. Jej tęczówki rozszerzyły się. Nagle zaczęła panikować, a z jej oczu popłynęły łzy.
-Nie, nie, nie, nie...- zaczęła powtarzać, zaciskając dłonie na włosach.-... nie, nie, nie... NIE!!!
Z jej ust wydobył się przeraźliwy krzyk, a ona sama cofnęła się na ulicę. Gdy srebrne BMW szczęśliwie wyhamowało przed nastolatką, Arisa zaczęła biec w stronę domu. Znowu przestała zwracać uwagę na cokolwiek i przebiegała nawet na czerwonym dla siebie świetle.

Trzasnęła drzwiami i zaczęła pospiesznie zdejmować buty. W drzwiach stanęła jej matka.
-Jak się czujesz? - spytała z troskliwym uśmiechem na twarzy.
Arisa nie odpowiedziała.
-Córeczko?- Hei Kyuun podeszła do córki i wyciągnęła w jej stronę rękę, którą różowowłosa szybko odepchnęła.
Arisa wyminęła panią Staley i udała się do sypialni. Zamknęła drzwi na klucz, po czym oparła się o nie. Wyjęła z torby telefon i słuchawki. Włączyła piosenkę X Japan – Endless Rain, a następnie podgłosiła muzykę najgłośniej jak się dało. Zacisnęła dolną wargę na tyle mocno, że popłynęła z niej krew.
-Nande? - zapytała drżącym głosem, po czym krzyknęła „Nande, Ako-onee?!” i osunęła się na ziemię, głośno płacząc. Tak naprawdę Ako-chan była jej tak bliska, jak i jej matka, bo często się nią zajmowała. Dla Arisy blondynka była nie tylko przyjaciółką, ale i starszą siostrą. Kochała ją jak swoją rodzinę. Przez dwa lata były wręcz nierozłączne, później Arisa poznała Kasumi i Hanę. Jednak nie zapomniała wtedy o Ako. Często odmawiała przyjaciółkom zabawy na dworze, właśnie z powodu Ako. Wymyślała jakieś wymówki, byleby popędzić na spotkanie swojej „onee” od której wiele się nauczyła. Dowiedziała się, jak trudne i niesprawiedliwe jest życie, jak ważna jest radość i pokonywanie przeciwności świata...

To ważne, by się uśmiechać, ale tak z serca. Wiesz, Arisa, jeśli będziesz udawać, to na nic. Wolałabym, żebyś była szczera sama ze sobą, a także i ze mną. Bo jeśli uśmiechasz się z przymusu, ludziom wokół ciebie jest smutniej, niż jakbyś miała płakać. To dowód, że nie ufasz nam na tyle, by wszystko powiedzieć.”- te słowa usłyszała od blondynki, gdy po raz pierwszy spotkała swoją drugą babcię, tę od strony mamy, i gdy tamta powiedziała jej, jak bezwartościowym dzieckiem jest. Chciała udawać, że to nic nie znaczące słowa, że potrafi sobie poradzić z tym sama. Jednak po słowach Ako rozpłakała się i powiedziała jej wszystko. Co wtedy usłyszała? Czy wciąż pamięta tamte słowa?
To tylko słowa jednej osoby. Nie przejmuj się tym, bo wiele osób ma cię za wspaniałą. Pan Tanaka z sierocińca aż nie może się nadziwić, mój lekarz, pan Okomura mówi, że nigdy nie widział tak pomocnej dziewczynki. Widzisz? Dla wielu osób jesteś ważna i niesamowita. A tymi, którzy cię nawet nie znają, nie przejmuj się, bo to nie ma sensu.”

Arisa uśmiechnęła się na kolejne wspomnienie. Wstała i przetarła łzy.
-To na nic. Nie mogę ciągle żyć przeszłością w tym dniu...- powiedziała do siebie, otwierając szafę. To prawda, 24 kwietnia był jedynym dniem, kiedy to nie potrafiła zachowywać się jak zwykle, właśnie przez wspomnienia z przeszłości. Zawsze przychodziły tego jednego dnia, ponieważ właśnie wtedy zmarła Ako.

Wyjęła z szafy szarą, krótką spódniczkę i luźną białą koszulkę na grubych ramiączkach, po czym przebrała się. Spojrzała na godzinę. Pół do drugiej. Została godzina lekcji. „Może mnie nie zobaczą...”- przeszło jej przez myśl. Wypakowała książki z torby, podeszła do półki z mangami i spakowała wszystkie 18 tomów „Ouran High School Host Club”, które cudem jej się zmieściły. Torbę miała cięższą, niż któregokolwiek dnia, gdy szła do szkoły, lecz nie przeszkadzało jej to. Na samą myśl, że dzięki temu Akira się uśmiechnie, powrócił jej dobry humor. „Jak mało czasem potrzeba, by uszczęśliwić innych, a i nam dzięki temu robi się lepiej na sercu...”- pomyślała i wyszła z pokoju. Z uśmiechem zbiegła na dół, założyła czarne półbuty i jasny płaszcz.
-Gdzie idziesz?- dobiegł ją z kuchni głos matki.
-Obiecałam Akirze-chan, że dam jej kiedyś mangi do przeczytania. I uznałam, że zrobię to dzisiaj.
-Naprawdę?- Hei wyszła na przedpokój ze zdziwioną miną. Popatrzyła na uśmiechniętą córkę.- Coś się stało, kochanie?
-Nie, nic. Przepraszam za wcześniej, po prostu spanikowałam. Ale przemyślałam to sobie dokładniej przed chwilą. Nie powinnam tak siedzieć w przeszłości. Oczywiście, nie zapomnę, ale też nie będę już takim zombie. To bez sensu...
-Tak, masz rację.- kobieta pogładziła Arisę po włosach.- Ako-chan też by tak uznała.- zaśmiała się cicho.- Ale nie chcesz chyba wyjść z tak potarganymi włosami, co?
-Słucham?- Arisa podeszła lustra i zaśmiała się delikatnie.- Rzeczywiście. Mamo, nie masz może szczotki pod ręką?
-Chwilkę~.
Arisa wzięła do ręki sprzęt od Hei i zaczęła rozczesywać włosy. Zajęło jej to dobre dziesięć minut, ale w końcu dała radę.
-A jak to się w ogóle stało, że wróciłaś w rozpuszczonych włosach?
-Później ci opowiem, mamo, bo teraz serio się spieszę. Jeszcze chciałam zajrzeć na chwilkę do tych braci, więc rozumiesz?
-Tak, rozumiem. Dobre z ciebie dziecko, Arisiu...
-Tylko nie Arisiu! Pa, widzimy się później~!

Błękitnooka wzięła parasolkę i wybiegła z domu, rozkładając ją. Wcale jej nie przeszkadzało, że jej nogi całkowicie mokną. Jak mówiła, co z tego, że nogi mokre, jeśli strój skomponowany? Było to dziwne podejście, jednak dla niej odpowiednie. Sprawdziła autobusy. Wszystkie jej odjechały, więc pobiegła na przedmieścia na piechotę. Z zajęć w-f'u wcale nie była tak zła, za jaką podawała się w szkole, więc zeszło jej pół godziny. „Heh, wystarczy znać najkrótszą trasę.”- myślała, wbiegając w odpowiednie uliczki.

W końcu znalazła się pod budynkiem szpitala. Weszła do środka i przywitała pielęgniarkę. Kobieta gestem ręki pozwoliła jej odwiedzić przyjaciółkę. Arisa przeszła przez długi, biały korytarz i znów zapukała do drzwi z numerem 27. Powoli je otworzyła i zajrzała do środka. Akira spała. Weszła i cichutko położyła mangi na biurko. Spojrzała na dziewczynę i uśmiechnęła się troskliwie. Odgarnęła zielone kosmyki z twarzy śpiącej dziewczyny, ale coś było nie tak. Przyłożyła rękę do jej czoła. „Przecież ona jest rozpalona!” Wyszła zostawiając uchylone drzwi i podeszła do pielęgniarki.
-Pani Kiriko, ja nie chcę się czepiać, czy coś...- powiedziała całkowicie poważnie.- Ale Akira jest rozpalona...
-Naprawdę? Byłam u niej wcześniej i niczego nie zauważyłam...
-Więc może pójdzie pani sprawdzić?- Arisa zapytała zirytowana. „Czy ty się nią w ogóle interesujesz? Jaka głupia przełożona...”- Ja już pójdę, ale proszę się nią bardziej zainteresować.
-Ach, ależ oczywiście. Do widzenia.
-Tak, do widzenia.
Wkurzona dziewczyna wyszła ze szpitala i skierowała się w kierunku sierocińca.

Po kilku minutach kierowała się do pokoju braci. Nie zdążyła wejść, kiedy drzwi otworzyły się na oścież, a Yuuda witał ją z uśmiechem, chętniej niż zwykle.
-Co wam się stało?- spytała pewna, że Aruko, gdyby mógł, również zachowywałby się w taki sposób.
-Nic takiego~.- odparł Yuuda.- Po prostu cię polubiliśmy, tak?
-Hmm...- dziewczyna przez chwilę zastanawiała się.- Możliwe, ale powód tkwi gdzie indziej. Dowiedzieliście się już, czyż nie? W końcu co roku w tym dniu obchodzone są jakieś ceremonie, ku pamięci Ako-onee.
-No i tu nas masz. Uznaliśmy, że jak będziemy weseli, to Arisa też~. Ale też cię lubimy, nie żeby coś...
-Haaa? Wiecie co~. - zrobiła naburmuszoną minę i teatralnego „focha”.- Aruko, masz jakieś nowe obrazki, prawda?
Chłopak podszedł do biurka, na którym leżała tona kartek i pokazał dziewczynie. Arisa momentalnie uśmiechnęła się i zaczęła piszczeć.
-Czyli jednak yaoistka. Aruko, miałeś rację...- Yuuda zaśmiał się.- A chcesz poczytać jego mangę? Wiesz, ci z wyższych sfer tutaj zadbali o to, żeby jego dzieło zostało wydane w formie tomiku i mamy jeden na zbyciu~.
-Serio?!
-Nom~.
-No jasne, że chcę~. Obojętnie od rodzaju, ważne, że dzieło Aruko~!
-To yaoi...- Yuuda zaczął śmiać się w najlepsze.
-Czekaj... Dlaczego chłopak taki jak ty rysuje yaoi?- popatrzyła Aruko prosto w oczy, a ten zdawał się mówić „nie mam pojęcia, może chcę się wam przypodobać?”
-Zrób shojo~~.- powiedziała i tak rozwinął się temat o mangach, które to mógłby tworzyć Aruko. A temat ten ciągnął się przez wiele godzin, bo zarówno Arisa, jak i Yuuda dawali mu coraz to nowsze pomysły, które zapisywał na kartce. W końcu wybiła godzina 17.00. Różowowłosa niechętnie pożegnała się i wróciła do domu. Po drodze zwróciła uwagę na chłopaka o ognistych włosach i czarnych końcówkach, z którym miała mieć później wiele wspólnego.

Gdy wróciła do domu i siadła w kuchni przy stole, była godzina 19.00. Znów włóczyła się po mieście, tym razem bez niepotrzebnych uczuć, zastanawiając się nad życiem.
-Mamo, czy życie ma sens? - spytała, pijąc ciepłą czekoladę.
-Co takiego? - Hei nawet nie udawała zaskoczonej; takie rozmowy były między nimi naturalne.
-Pytam, czy życie ma sens...
-A jak sądzisz?
-Sądzę, że nie.
-Więc dlaczego żyjemy?
-Bo mamy jakiś cel.
-Wiesz, to bardzo zwięzła odpowiedź. Celem każdego człowieka jest umrzeć, nie oszukujmy się.
-Tak. I my możemy wybrać tylko to, co zrobimy przed śmiercią. Ale wydaje mi się, że wybieramy to, co zostało zapisane w naszych celach. Wiesz mamo, tak jakbyśmy rodzili się z podświadomie wybranymi celami. I to wpływa na nasze decyzje przez całe życie. Nie myślałaś o tym tak nigdy?
-Aż tak nie... Ale to możliwe, choć nic nie jest wiadome. A czy ty myślałaś kiedyś, że tego typu sprawy są dla ludzi za trudne do zrozumienia?
-Myślałam. I dlatego możemy tylko zastanawiać się, jak to jest. Pod warunkiem, że chcemy się tego dowiedzieć. Możliwe, że wielu ludzi wpadło na prawidłową odpowiedź, jednak o tym nie wie... Życie jest trudne do zrozumienia.
-Nie aż tak trudne, jak mogłoby się wydawać.
-Co masz przez to na myśli, mamo?
-Zastanów się sama.- kobieta uśmiechnęła się, rozkładając naczynia z jedzeniem na stole.
Arisa pogrążyła się w myślach.
-No, no, no. Znowu mówisz mojej kochanej córusi, że ma gdybać „a może jest tak, a może tak”? Naprawdę, to dla niej złe. Widzisz przecież, jak się teraz zachowuje. -do kuchni wszedł Matthew i przytulił najpierw żonę, później Arisę.- Córeczko no~. Weź się uśmiechnij.
-Jeśli uśmiechnę się, chociaż nie mam ochoty, to ten uśmiech będzie sztuczny. I bezsensowny.
-No to się rozchmurz, skarbie~.
-Skarbie to sobie do żonki mów, a nie do mnie. Jestem twoją CÓRKĄ, a nie KOCHANKĄ.
-No wiesz co, Arisiu...
-Ile razy mam powtarzać, żebyście nie mówili na mnie „Arisia”? Jak chcecie coś ukałaiśniać, że tak powiem, to mówcie „Risa”.
-A Risia?
-NIET!- dziewczyna wstała odpychając od siebie ojca. Zmierzyła rodzinę mroźnym spojrzeniem, po czym uśmiechnęła się.- A teraz jedzmy, głodna jestem~.
Zasiedli do stołu i zajęli się jedzeniem, rozmawiając przy tym na wiele tematów i – jak to zazwyczaj – śmiejąc się. W końcu, kiedy skończyli, Hei spojrzała na córkę poważnie i zapytała:
-Więc dlaczego wróciłaś cała mokra z rozpuszczonymi włosami?
-No dobra, czyli mnie to nie ominie.- Arisa nie wyglądała na zadowoloną.- Więc, przez cały dzionek chodziłam jak zombie. Później zwolniłam się już przed religią. I chodziłam trochę po mieście, myśląc o wielu rzeczach. Zaczęło padać, czego nawet nie zauważyłam, a w końcu się błysło, grzmotnęło i prawie mnie drzewo zabiło, hehe.- zaczęła się śmiać.- I wtedy zauważyłam, że zmierzam w stronę cmentarza, na którym Ako-onee jest pochowana. Jakoś tak nie mogłam się zatrzymać. W międzyczasie zawiało tak, że gumki do włosów mi pękły, tak, to dziwne. Jak znalazłam się pod cmentarzem, to spanikowałam i prawie mnie samochód przejechał. A później pobiegłam do domu. Cała historia...
-Och, kochanie... To naprawdę straszne.- Hei przytuliła córkę. Popatrzyła na Matta z wyrzutem.- Dlatego nasze dziecko powinno było zostać dzisiaj w domu.
-Tak, rozumiem to już... Risa-chan, pójdź się umyć i spać, bo ten dzień pewnie był dla ciebie trudny. I przepraszam...
-W porządku, więc dobranoc.
Dziewczyna poszła wziąć szybki prysznic, po czym położyła się na swoim łóżku.
Co będzie z Akirą-chan?” zastanawiała się.
Jak dużo czasu jej jeszcze zostało?
Życie jest trudne, naprawdę.”
Dlaczego cię nie rozumiem, mamo?”


Carpe Diem - "Chwytaj dzień"

Tak więc, będę was męczyć one-shotami związanymi z Arisą, przyjaciółką Kasumi. Wszystkie będą zapisane pod nazwą "Carpe Diem" i dopiskiem fragmentu z tekstu. Możliwe, że zobaczycie też opowiadanie pt. "Szkatułka uczuć", takie tam romansidło, ale to kiedyś w przyszłości dopiero. :P
A teraz zapraszam do czytania, bo podobnież warto. I czekam na krytykę. C:
Girugamesh - Kowarete Iku Sekai



Tik tak, tik tak.”
Czas upływa. Z każdym dniem, każdą minutą, sekundą… „Carpe diem”. Chwytaj dzień… Chwytaj dzień, ciesz się z każdej chwili, bo w końcu może zniknąć. W jednej chwili czas może się zatrzymać. Po prostu umrzesz. Możesz myśleć, że to jeszcze nie teraz, dzisiaj się to nie wydarzy. Ale skąd wiesz? Skąd maszt tę pewność?”

Arisa szła powoli. Nigdzie jej się nie spieszyło. Nie miała gdzie się spieszyć. W końcu nie bez powodu „zwolniła się” z ostatnich czterech lekcji.
Pogoda była piękna. Słońce świeciło mocno, a na błękitnym niebie nie widniała żadna chmurka. Kilka kukułek ćwierkało radośnie wśród mocno zielonych drzew. Wiosna przyszła na dobre. Dziewczyna przechodziła przez zalesione obszary przedmieścia. Nie mając zbytnio pomysłu na dzień wyłączyła telefon i wsiadła do prowadzącego na  przedmiejską stację tramwaju.
Przyglądała się polom i łąkom w oddali.
-Ech…- jęknęła, patrząc w niebo. Nadeszło południe.
-Trzeba iść~.

Uśmiechnęła się do siebie i podwinęła rękawy wrzosowego sweterka. Zaczęła iść w stronę dużego domu nieopodal. Był to dom dziecka. Miał dobre warunki. Posiadał salę do ćwiczeń, fitnessu, prac artystycznych, bibliotekę i dużą świetlicę. Każdy, kto tam mieszkał, mógł rozwijać swoje talenty i zainteresowania bez przeszkód, a pracownicy byli naprawdę mili, chętni do pomocy i szczerzy. Zarządcy mogli zrobić chociaż tyle. Czasami ludzie tacy jak Arisa przychodzili tam, by dotrzymać towarzystwa niektórym z wychowanków. A zwłaszcza tym, do których trudno było dotrzeć, którzy dopiero co pojawili się w nowej sytuacji.
I właśnie z takimi ludźmi zajmowała się chwilowo Arisa. Byli to bracia, od miesiąca przeniesieni do właśnie tego domu dziecka. Starszy zwany był Claude, młodszy jako Cornelius. Nikt jednak nie znał ich prawdziwych imion. Z nikim nie rozmawiali. Z pokoju wychodzili jedynie w porach jedzenia i kąpieli. Po prostu zamknęli się w swoim świecie.
-Ohayou gozaimsasu.- różowowłosa weszła do holu budynku, w którym zawsze ktoś czekał. Starszy mężczyzna uśmiechnął się na jej widok. Była tam dobrze znana. Pomagała już od dziesiątego roku życia, ze swoją „onee-chan” imieniem Ako.

Ako była japonką, córką wspólników jej rodziców. To ona zapoczątkowała fascynację Japonią u kilkuletniej Arisy. Była dziewczyną miłą i przyjazną. Żyła pełnią życia, cały czas optymistycznie. Miała nieskazitelnie gładką cerę, czarne oczy i farbowane blond włosy. Uwielbiała słodkie rzeczy i taki też styl reprezentowała. Nieszczęście jednak chciało, że wybrała ją straszna choroba-zwyrodnienie rdzeniowo-móżdżkowe. Choroba ta sprawia, że móżdżek w mózgu powoli zanika do punktu, w którym człowiek przestaje chodzić, mówić, pisać, ani jeść. Dowiedziała się o tym, gdy sama miała dwanaście lat, trzy lata przed poznaniem Arisy. Jednak nie przejmowała się tym. Dziesięć lat po diagnozie zmarła.

Lodowooka uśmiechnęła się. Zmieniła półbuty w kwiatki na trepki. Podreptała na drugie piętro. Zapukała do drzwi w końcu korytarza zachodniego skrzydła. Chwyciła za klamkę i powoli otworzyła drzwi.
Chłopcy jak zwykle siedzieli, udając, że są czymś poważnie zajęci. Claude starał się czytać książkę, choć tak naprawdę przeglądał tylko obrazki w niej zawarte. Cornelius natomiast bawił się telefonem.
-I dzisiaj znowu będę mówić sama do siebie?- westchnęła cicho. Poczuła, jak ukradkiem na nią spojrzeli. Zaczęło działać, więc mówiła dalej:
-A~ach, naprawdę. Ludzie to dziwne istoty. Niby chcą być ważne, a uciekają… Chcą być smutni, a nie potrafią. Chcą być radośni, a nie mogą… Świat jest dziwny~. Gdyby Ako-onee tu była, pewnie wiedziałaby co robić… Ech, życie to jednak jest niesprawiedliwe… Jajciu~, ale tu gorąco. Otwórzmy okno.
Podeszła do okna, by je otworzyć. Zawahała się, czując ich uważne spojrzenia na sobie, jednak zrobiła to. Do pokoju wpadło świeże, zimne powietrze, które zaczęło bawić się jej różowymi włosami. Pogoda jak na razie nie zmieniała się. W oddali tylko, nad górami, widać było ciemne chmury, powolnie zbliżające się w stronę miasta.
-Ciekawe, czy będzie padać?- zapytała, pewna, iż odpowiedzi nie usłyszy. Zdziwiła się jednak odrobinę, gdy starszy z braci przemówił:
-To czemu nie pójdziesz?
-Ech?
-Wiesz, skoro pogoda jest tak ładna, czemu nie wyjdziesz na zewnątrz? Nie chcesz chyba stracić czegoś z tak ŁADNEGO dnia?
-Ach, o to chodzi… To się tyczy również was…
-Nie sądzę.
-Carpe diem.- dziewczyna uśmiechnęła się smutno, po wypowiedzeniu tych słów.- Tak mówiła Ako. A mówiąc prościej „chwytaj dzień”. A wiesz dlaczego? Bo każda minuta, a nawet sekunda twojego życia jest ważna. Ciesz się z tego, że żyjesz. Nie lamentuj, że jesteś sam, gdy są przy tobie inni… gdy jesteś chory, a możesz chodzić. Nie myśl „byłoby lepiej”, myśl „jest dobrze”. Bo uwierz, zawsze mogło być gorzej.
Powaga z jaką mówiła wywarło na chłopcach nie małe wrażenie. Do tej pory Arisa była słodka i uprzejma- teraz tego nie wyczuwali. Zupełnie, jakby w jakimś stopniu przez to przeszła.
-Dlatego przestańcie zachowywać się jak jacyś panicze, nie mający celu do życia. Gdybyście go nie mieli, już dawno umarlibyście.
-Serio tak myślisz?
-Tak.
-No dobrze… Yuuda jestem. – wciąż mówił starszy.- A to Aruko. Jest niemową.
-Ach tak. To przykre… I dlatego się nie rozstajecie?
-Jako jedyny potrafię go usłyszeć, więc…
-Rozumiem.- twarz Arisy rozjaśnił delikatny uśmiech.- Skoro już otwarliście się przede mną. Mam do was jeszcze przychodzić? Przeszkadza to wam?
-Nie, nie przeszkadza. W sumie to dobrze, że opowiadasz nam o legendarnej Ako-onee. Przynajmniej wiemy, dlaczego jest tak szanowana tutaj. (Przecież mamy nawet całą ścianę na korytarzu jej poświęconą). No i… jesteś osobą, dzięki której Aruko ma wenę.
Spojrzała na wyżej wymienionego chłopaka. Zapisywał coś w notatniku, a także robił projekty ubrań w szkicowniku (na przemian oczywiście). Blondyn podniósł wzrok. Ich spojrzenia spotkały się. Patrzyli na siebie przez chwilę, jakby rozmawiając w ciszy. Oboje wiedzieli o co chodzi. Chłopaczyna podał jej szkicownik. Zaczęła przeglądać. Poza projektami ubrań znalazła szkice osób w ruchu, martwej natury oraz portrety. Tych ostatnich było najwięcej, zwłaszcza podobizn Arisy, ze zdjęć zamieszczonych przez nią na blogu i przypadkowych ujęć Yuudy.
-Ładne.
-Jesteś wierząca?
-Ech?
-No wiesz, Bóg, i te sprawy.
-Więc… Śmiało mogę powiedzieć, że nie. Nie wierzę w Boga. Dla mnie jest to tylko wytłumaczenie, na rzeczy ludziom do tej pory nie znane. I na ich wszystkie niepowodzenia. A co?
-Nic takiego…
Dalej rozmawiali równie swobodnie. Na wszystkie tematy, jakie przyszły im do głowy. Przyznali, że gdyby mieli jeszcze dwie lub jedną osobę, mogliby założyć zespół muzyczny. Często się śmiali i wykłócali, komentując prace Aruko. Dwie godziny zleciały im szybciej, niż zazwyczaj. Arisa jednak musiała iść dalej.

Jej czas dobiegł końca. Grzecznie pożegnała się z każdym, zachowując informacje o braciach dla siebie i wyszła. Skręciła w lewo, a miejscem, do którego poszła był szpital o równie dobrych warunkach, co i sierociniec. Po wejściu do białego budynku (w nim też była wyjątkowo dobrze znana), udała się do korytarza, na którym wisiał ogromny szyld:”DZIECI I NASTOLATKI”, do drzwi z numerem 27.

Była tam czternastoletnia dziewczyny o zielonych włosach do ramion. Uśmiechnęła się na widok Arisy. Chorowała na to samo, co niegdyś Ako, lecz w jej przypadku choroba postępowała powoli. Była dla różowowłosej niczym młodsza siostra. Na imię miała Akira. Powoli jednak zaczynała mieć problemy z wyraźnym mówieniem.
-Oha…you.- przywitała się, mówiąc wolno.- Dobrze cię… widzieć… Ariisa.
-Konnichiwa~.- różowowłosa uśmiechnęła się.- Wiesz, nie mam dziś zbyt dużo czasu, jakieś półtorej godzinki najdłużej.
-Rozumiem.- Akira kiwnęła głową i pozwoliła mówić Arisie dalej:
-Ale nie martw się~. Następnym razem, kiedy będę mogła przyjść, posiedzę dłużej. Dlatego poczekaj do tego czasu, dobrze?
-Oczy…wiście.. A… Arisa… Chciałabym… Poczytać… Ou..rana…
-Ach tak? Więc przyniosę ci wszystkie tomy następnym razem, dobrze?
-Un…
Wykazując niezwykłą cierpliwość Arisa rozmawiała z przyjaciółką. Po godzinie dopiero, ze złymi przeczuciami, zebrała się do domu.

Droga powrotna nie zajęła jej dużo czasu. Nie wlokła się już tak, a raczej spieszyła aż nad to. Przeczuwała, że zastanie ją w domu niemiła niespodzianka. Wchodząc do przedpokoju szybko zdjęła buty, rzuciła je w kąt i weszła na wyższe piętro, by rzucić w któryś kąt sypialni torbę z mangową postacią.
-Arisa! Możesz tu zejść, proszę!- zawołała ją matka.

Jej matka była niewysoką dziewczyną, Koreanką, kobietą przy tuszy. Na imię jej było Hei Kyuun. Włosy miała brązowe ścięte na fryzurę typu „bob”.  Często ubierała zwiewne, proste sukienki. Z charaktery byłą osobą miłą i pewną siebie. Nie nasuwała Arisie zbyt dużo zasad, wiedziała, jak mogłoby to się skończyć. Lubiła gotować i piec ciasta. Była wręcz idealną panią domu.

Ojczym Arisy natomiast, Matthew był Anglikiem. Miał ostre rysy twarzy, zielone oczy i blond włosy. Ubierał się elegancko, często nosił garnitury. W pracy rządził twardą ręką. Prowadził małą działalność, zajmującą się szyciem ubrań. Niestety nie powodziło mu się najlepiej. Brakowało klientów, zwłaszcza tych bogatszych. Często miewał kłopoty finansowe. Do życia podchodził jednak optymistycznie. Zawsze powtarzał: „mogło być gorzej”, jak to mówiły mu córka i jej „onee-san”. Cechowała go porywczość, często najpierw robił, później myślał. Był miły i niezależnie od sytuacji pozostawał przy swoim zdaniu.

Cała ta rodzina była, wydawałoby się, rodziną idealną. Odrzucając kłopoty pieniężne na bok, żyło im się całkiem dobrze. Każdy tak myślał. Jednak pani Arihyoshi, wraz z córką, zostały wydziedziczone. Rodzicom Hei Kyuun nie podobał się fakt, iż prawdziwy ojciec jej dziecka porzucił ją. Nawet, jeśli nie była to jej wina, mówili: „twoje dziecko to sierota, jeśli zechcesz ją wychowywać, my nie zechcemy ciebie”. Dlatego też matka Arisy, zła na całą swoją rodzinę, zerwała wszystkie kontakty z nimi. Wyjechała wraz z córką z kraju i poznała Matthewa. Spodobała się jego rodzicom, a także jemu. Nikomu nie przeszkadzało dziecko, wręcz byli szczęśliwi, z posiadania „wnuczki”. Tak, nazywali Arisę wnuczką jeszcze zanim Hei pozyskała nazwisko Staley.

-To zejdziesz, czy nie?!- tym razem wydarł się ojciec dziewczyny.
Różowowłosa westchnęła i zbiegła po schodach. Widząc poważne miny obojga rodziców wzdrygnęła się. Czekać ją będzie teraz tylko jedno- pogadanka w „cztery oczy”. Uśmiechnęła się niemrawo.
-Tak?
-Dzwoniła twoja wychowawczyni. Znowu uciekłaś z lekcji. Jak się nam wytłumaczysz?
-Ech…- opanowała się całkowicie.- Nie muszę się tłumaczyć. I tak wiecie, gdzie byłam, więc co to za różnica?
-W sumie to prawda, ale… Dlaczego nie możesz być jak normalne nastolatki?! Kiedy już zrywasz się z lekcji powinnaś chodzić do galerii, a nie!
-Wybacz, że jestem inna.
-CO? Wcale nie jesteś inna.
-Tatek, z tego co powiedziałeś, to jestem. Normalne nastolatki zrywając się z lekcji chodzą do galerii, na jarać się, albo coś takiego. Ja w zamian tego zajmuję się jakimiś pomocami społecznymi, chociaż nie jestem nawet zapisana do wolontariatu żadnego… Może i dziwne, ale o wiele lepsze.
-Hmm… Racja… Ale twoje oceny i tak się pogorszyły!
-No Jezu… Nie rozumiem i nie lubię chemii, to mi nie idzie, tak? Jakby na to nie spojrzeć od początku mi nie szła…
-Młoda damo, twój olewawczy ton  głosu wcale, a wcale mi się nie podoba!
-Przecież wiem, że i ty masz to gdzieś… Nie oszukujmy się.
-No w sumie to też racja…- mężczyzna zaśmiał się, na co Hei zrobiła tzw. face palm.
-Oj, dzieci, dzieci…- powiedziała.- Niby tacy duzi, a jednak tacy mali. Może chcesz korepetytora, Arisiu? Twoja starsza siostra cioteczna, Ann powinna być chętna.
-Ann? Mamo, nie pamiętasz, jak to się skończyło ostatnio? Z chęcią ci przypomnę. Skończyło się na rozbieranej i „yuristycznej” sesji zdjęciowej.
-Naprawdę? Już o tym zapomniałam. Ale dostałaś później piątkę, prawda?
-Nom~. Tłumaczyła mi podczas sesji.
-Więc załatwione~!- pan Staley wyciągnął telefon.- Pora na telefon do przyjaciela~! W tym wypadku brata, ale co tam…- zaczął wpisywać numer.
-Emm… Córciu? Idź odrobić lekcje, albo co. Zawołamy cię, jak już wszystko załatwimy.
-Ok~.

Arisa wróciła do pokoju. Wyciągnęła zeszyty, książki i zaczęła się uczyć, a przynajmniej próbować. Przejrzała wszystkie podręczniki w jakieś pięć minut.
-I że niby ja? Mam to robić? Pogięło ich, czy co?
Wyrzuciła jak gdyby nigdy nic trzymany w dłoniach zeszyt, gdzieś za siebie. Usłyszała, jak ją wołają. Zeszła na niższe piętro po raz kolejny. Popatrzyła na uśmiechniętych rodziców i spytała:

-I co? Nie zgodzili się?
-Oj, coś ty~.- Matthew jeszcze szerzej się uśmiechnął.- Dlaczego tak myślisz? Z wielką chęcią się zgodzili~!
-Naprawdę? To super.-dziewczyna pozostała niewzruszona. Bez słowa poszła się umyć, powiedziała proste „oyasumi” i wróciła do pokoju. Odrobiła w końcu zadane jej lekcje. Wzięła telefon i wykręciła dobrze sobie znany numer,rzucając się na łoże.
-Konnichiwa, Ann-chan~. I co? Słyszałaś już?… Nie? Jak to? Przecież… No przyjeżdżasz do mnie, moja korepetytorko~. Poszło jak po maśle~… No dokładnie~… Kto by pomyślał, nie?… Mhm… Mhm… Oke~!… To do zobaczenia, nom… Oyasumi~~.

Rozłączyła się. Włączyła budzik i wskoczyła pod kołdrę. Zaśpiewała:

Yagate hito wa kegarete
hito ga hito de somerarete
tomo ni kiru kono hoshi somete
mizukara no kubi shimetsukeru.

Poczuła się śpiąca, usnęła prawie od razu. Jeszcze chwilę tylko myślała:
Życie ma sens. Ono musi mieć sens”.
Każde życie ma sens. Każdy po coś istnieje. Nie ma innego wyjścia…”