czwartek, 28 marca 2013

Carpe Diem - "Chwytaj dzień"

Tak więc, będę was męczyć one-shotami związanymi z Arisą, przyjaciółką Kasumi. Wszystkie będą zapisane pod nazwą "Carpe Diem" i dopiskiem fragmentu z tekstu. Możliwe, że zobaczycie też opowiadanie pt. "Szkatułka uczuć", takie tam romansidło, ale to kiedyś w przyszłości dopiero. :P
A teraz zapraszam do czytania, bo podobnież warto. I czekam na krytykę. C:
Girugamesh - Kowarete Iku Sekai



Tik tak, tik tak.”
Czas upływa. Z każdym dniem, każdą minutą, sekundą… „Carpe diem”. Chwytaj dzień… Chwytaj dzień, ciesz się z każdej chwili, bo w końcu może zniknąć. W jednej chwili czas może się zatrzymać. Po prostu umrzesz. Możesz myśleć, że to jeszcze nie teraz, dzisiaj się to nie wydarzy. Ale skąd wiesz? Skąd maszt tę pewność?”

Arisa szła powoli. Nigdzie jej się nie spieszyło. Nie miała gdzie się spieszyć. W końcu nie bez powodu „zwolniła się” z ostatnich czterech lekcji.
Pogoda była piękna. Słońce świeciło mocno, a na błękitnym niebie nie widniała żadna chmurka. Kilka kukułek ćwierkało radośnie wśród mocno zielonych drzew. Wiosna przyszła na dobre. Dziewczyna przechodziła przez zalesione obszary przedmieścia. Nie mając zbytnio pomysłu na dzień wyłączyła telefon i wsiadła do prowadzącego na  przedmiejską stację tramwaju.
Przyglądała się polom i łąkom w oddali.
-Ech…- jęknęła, patrząc w niebo. Nadeszło południe.
-Trzeba iść~.

Uśmiechnęła się do siebie i podwinęła rękawy wrzosowego sweterka. Zaczęła iść w stronę dużego domu nieopodal. Był to dom dziecka. Miał dobre warunki. Posiadał salę do ćwiczeń, fitnessu, prac artystycznych, bibliotekę i dużą świetlicę. Każdy, kto tam mieszkał, mógł rozwijać swoje talenty i zainteresowania bez przeszkód, a pracownicy byli naprawdę mili, chętni do pomocy i szczerzy. Zarządcy mogli zrobić chociaż tyle. Czasami ludzie tacy jak Arisa przychodzili tam, by dotrzymać towarzystwa niektórym z wychowanków. A zwłaszcza tym, do których trudno było dotrzeć, którzy dopiero co pojawili się w nowej sytuacji.
I właśnie z takimi ludźmi zajmowała się chwilowo Arisa. Byli to bracia, od miesiąca przeniesieni do właśnie tego domu dziecka. Starszy zwany był Claude, młodszy jako Cornelius. Nikt jednak nie znał ich prawdziwych imion. Z nikim nie rozmawiali. Z pokoju wychodzili jedynie w porach jedzenia i kąpieli. Po prostu zamknęli się w swoim świecie.
-Ohayou gozaimsasu.- różowowłosa weszła do holu budynku, w którym zawsze ktoś czekał. Starszy mężczyzna uśmiechnął się na jej widok. Była tam dobrze znana. Pomagała już od dziesiątego roku życia, ze swoją „onee-chan” imieniem Ako.

Ako była japonką, córką wspólników jej rodziców. To ona zapoczątkowała fascynację Japonią u kilkuletniej Arisy. Była dziewczyną miłą i przyjazną. Żyła pełnią życia, cały czas optymistycznie. Miała nieskazitelnie gładką cerę, czarne oczy i farbowane blond włosy. Uwielbiała słodkie rzeczy i taki też styl reprezentowała. Nieszczęście jednak chciało, że wybrała ją straszna choroba-zwyrodnienie rdzeniowo-móżdżkowe. Choroba ta sprawia, że móżdżek w mózgu powoli zanika do punktu, w którym człowiek przestaje chodzić, mówić, pisać, ani jeść. Dowiedziała się o tym, gdy sama miała dwanaście lat, trzy lata przed poznaniem Arisy. Jednak nie przejmowała się tym. Dziesięć lat po diagnozie zmarła.

Lodowooka uśmiechnęła się. Zmieniła półbuty w kwiatki na trepki. Podreptała na drugie piętro. Zapukała do drzwi w końcu korytarza zachodniego skrzydła. Chwyciła za klamkę i powoli otworzyła drzwi.
Chłopcy jak zwykle siedzieli, udając, że są czymś poważnie zajęci. Claude starał się czytać książkę, choć tak naprawdę przeglądał tylko obrazki w niej zawarte. Cornelius natomiast bawił się telefonem.
-I dzisiaj znowu będę mówić sama do siebie?- westchnęła cicho. Poczuła, jak ukradkiem na nią spojrzeli. Zaczęło działać, więc mówiła dalej:
-A~ach, naprawdę. Ludzie to dziwne istoty. Niby chcą być ważne, a uciekają… Chcą być smutni, a nie potrafią. Chcą być radośni, a nie mogą… Świat jest dziwny~. Gdyby Ako-onee tu była, pewnie wiedziałaby co robić… Ech, życie to jednak jest niesprawiedliwe… Jajciu~, ale tu gorąco. Otwórzmy okno.
Podeszła do okna, by je otworzyć. Zawahała się, czując ich uważne spojrzenia na sobie, jednak zrobiła to. Do pokoju wpadło świeże, zimne powietrze, które zaczęło bawić się jej różowymi włosami. Pogoda jak na razie nie zmieniała się. W oddali tylko, nad górami, widać było ciemne chmury, powolnie zbliżające się w stronę miasta.
-Ciekawe, czy będzie padać?- zapytała, pewna, iż odpowiedzi nie usłyszy. Zdziwiła się jednak odrobinę, gdy starszy z braci przemówił:
-To czemu nie pójdziesz?
-Ech?
-Wiesz, skoro pogoda jest tak ładna, czemu nie wyjdziesz na zewnątrz? Nie chcesz chyba stracić czegoś z tak ŁADNEGO dnia?
-Ach, o to chodzi… To się tyczy również was…
-Nie sądzę.
-Carpe diem.- dziewczyna uśmiechnęła się smutno, po wypowiedzeniu tych słów.- Tak mówiła Ako. A mówiąc prościej „chwytaj dzień”. A wiesz dlaczego? Bo każda minuta, a nawet sekunda twojego życia jest ważna. Ciesz się z tego, że żyjesz. Nie lamentuj, że jesteś sam, gdy są przy tobie inni… gdy jesteś chory, a możesz chodzić. Nie myśl „byłoby lepiej”, myśl „jest dobrze”. Bo uwierz, zawsze mogło być gorzej.
Powaga z jaką mówiła wywarło na chłopcach nie małe wrażenie. Do tej pory Arisa była słodka i uprzejma- teraz tego nie wyczuwali. Zupełnie, jakby w jakimś stopniu przez to przeszła.
-Dlatego przestańcie zachowywać się jak jacyś panicze, nie mający celu do życia. Gdybyście go nie mieli, już dawno umarlibyście.
-Serio tak myślisz?
-Tak.
-No dobrze… Yuuda jestem. – wciąż mówił starszy.- A to Aruko. Jest niemową.
-Ach tak. To przykre… I dlatego się nie rozstajecie?
-Jako jedyny potrafię go usłyszeć, więc…
-Rozumiem.- twarz Arisy rozjaśnił delikatny uśmiech.- Skoro już otwarliście się przede mną. Mam do was jeszcze przychodzić? Przeszkadza to wam?
-Nie, nie przeszkadza. W sumie to dobrze, że opowiadasz nam o legendarnej Ako-onee. Przynajmniej wiemy, dlaczego jest tak szanowana tutaj. (Przecież mamy nawet całą ścianę na korytarzu jej poświęconą). No i… jesteś osobą, dzięki której Aruko ma wenę.
Spojrzała na wyżej wymienionego chłopaka. Zapisywał coś w notatniku, a także robił projekty ubrań w szkicowniku (na przemian oczywiście). Blondyn podniósł wzrok. Ich spojrzenia spotkały się. Patrzyli na siebie przez chwilę, jakby rozmawiając w ciszy. Oboje wiedzieli o co chodzi. Chłopaczyna podał jej szkicownik. Zaczęła przeglądać. Poza projektami ubrań znalazła szkice osób w ruchu, martwej natury oraz portrety. Tych ostatnich było najwięcej, zwłaszcza podobizn Arisy, ze zdjęć zamieszczonych przez nią na blogu i przypadkowych ujęć Yuudy.
-Ładne.
-Jesteś wierząca?
-Ech?
-No wiesz, Bóg, i te sprawy.
-Więc… Śmiało mogę powiedzieć, że nie. Nie wierzę w Boga. Dla mnie jest to tylko wytłumaczenie, na rzeczy ludziom do tej pory nie znane. I na ich wszystkie niepowodzenia. A co?
-Nic takiego…
Dalej rozmawiali równie swobodnie. Na wszystkie tematy, jakie przyszły im do głowy. Przyznali, że gdyby mieli jeszcze dwie lub jedną osobę, mogliby założyć zespół muzyczny. Często się śmiali i wykłócali, komentując prace Aruko. Dwie godziny zleciały im szybciej, niż zazwyczaj. Arisa jednak musiała iść dalej.

Jej czas dobiegł końca. Grzecznie pożegnała się z każdym, zachowując informacje o braciach dla siebie i wyszła. Skręciła w lewo, a miejscem, do którego poszła był szpital o równie dobrych warunkach, co i sierociniec. Po wejściu do białego budynku (w nim też była wyjątkowo dobrze znana), udała się do korytarza, na którym wisiał ogromny szyld:”DZIECI I NASTOLATKI”, do drzwi z numerem 27.

Była tam czternastoletnia dziewczyny o zielonych włosach do ramion. Uśmiechnęła się na widok Arisy. Chorowała na to samo, co niegdyś Ako, lecz w jej przypadku choroba postępowała powoli. Była dla różowowłosej niczym młodsza siostra. Na imię miała Akira. Powoli jednak zaczynała mieć problemy z wyraźnym mówieniem.
-Oha…you.- przywitała się, mówiąc wolno.- Dobrze cię… widzieć… Ariisa.
-Konnichiwa~.- różowowłosa uśmiechnęła się.- Wiesz, nie mam dziś zbyt dużo czasu, jakieś półtorej godzinki najdłużej.
-Rozumiem.- Akira kiwnęła głową i pozwoliła mówić Arisie dalej:
-Ale nie martw się~. Następnym razem, kiedy będę mogła przyjść, posiedzę dłużej. Dlatego poczekaj do tego czasu, dobrze?
-Oczy…wiście.. A… Arisa… Chciałabym… Poczytać… Ou..rana…
-Ach tak? Więc przyniosę ci wszystkie tomy następnym razem, dobrze?
-Un…
Wykazując niezwykłą cierpliwość Arisa rozmawiała z przyjaciółką. Po godzinie dopiero, ze złymi przeczuciami, zebrała się do domu.

Droga powrotna nie zajęła jej dużo czasu. Nie wlokła się już tak, a raczej spieszyła aż nad to. Przeczuwała, że zastanie ją w domu niemiła niespodzianka. Wchodząc do przedpokoju szybko zdjęła buty, rzuciła je w kąt i weszła na wyższe piętro, by rzucić w któryś kąt sypialni torbę z mangową postacią.
-Arisa! Możesz tu zejść, proszę!- zawołała ją matka.

Jej matka była niewysoką dziewczyną, Koreanką, kobietą przy tuszy. Na imię jej było Hei Kyuun. Włosy miała brązowe ścięte na fryzurę typu „bob”.  Często ubierała zwiewne, proste sukienki. Z charaktery byłą osobą miłą i pewną siebie. Nie nasuwała Arisie zbyt dużo zasad, wiedziała, jak mogłoby to się skończyć. Lubiła gotować i piec ciasta. Była wręcz idealną panią domu.

Ojczym Arisy natomiast, Matthew był Anglikiem. Miał ostre rysy twarzy, zielone oczy i blond włosy. Ubierał się elegancko, często nosił garnitury. W pracy rządził twardą ręką. Prowadził małą działalność, zajmującą się szyciem ubrań. Niestety nie powodziło mu się najlepiej. Brakowało klientów, zwłaszcza tych bogatszych. Często miewał kłopoty finansowe. Do życia podchodził jednak optymistycznie. Zawsze powtarzał: „mogło być gorzej”, jak to mówiły mu córka i jej „onee-san”. Cechowała go porywczość, często najpierw robił, później myślał. Był miły i niezależnie od sytuacji pozostawał przy swoim zdaniu.

Cała ta rodzina była, wydawałoby się, rodziną idealną. Odrzucając kłopoty pieniężne na bok, żyło im się całkiem dobrze. Każdy tak myślał. Jednak pani Arihyoshi, wraz z córką, zostały wydziedziczone. Rodzicom Hei Kyuun nie podobał się fakt, iż prawdziwy ojciec jej dziecka porzucił ją. Nawet, jeśli nie była to jej wina, mówili: „twoje dziecko to sierota, jeśli zechcesz ją wychowywać, my nie zechcemy ciebie”. Dlatego też matka Arisy, zła na całą swoją rodzinę, zerwała wszystkie kontakty z nimi. Wyjechała wraz z córką z kraju i poznała Matthewa. Spodobała się jego rodzicom, a także jemu. Nikomu nie przeszkadzało dziecko, wręcz byli szczęśliwi, z posiadania „wnuczki”. Tak, nazywali Arisę wnuczką jeszcze zanim Hei pozyskała nazwisko Staley.

-To zejdziesz, czy nie?!- tym razem wydarł się ojciec dziewczyny.
Różowowłosa westchnęła i zbiegła po schodach. Widząc poważne miny obojga rodziców wzdrygnęła się. Czekać ją będzie teraz tylko jedno- pogadanka w „cztery oczy”. Uśmiechnęła się niemrawo.
-Tak?
-Dzwoniła twoja wychowawczyni. Znowu uciekłaś z lekcji. Jak się nam wytłumaczysz?
-Ech…- opanowała się całkowicie.- Nie muszę się tłumaczyć. I tak wiecie, gdzie byłam, więc co to za różnica?
-W sumie to prawda, ale… Dlaczego nie możesz być jak normalne nastolatki?! Kiedy już zrywasz się z lekcji powinnaś chodzić do galerii, a nie!
-Wybacz, że jestem inna.
-CO? Wcale nie jesteś inna.
-Tatek, z tego co powiedziałeś, to jestem. Normalne nastolatki zrywając się z lekcji chodzą do galerii, na jarać się, albo coś takiego. Ja w zamian tego zajmuję się jakimiś pomocami społecznymi, chociaż nie jestem nawet zapisana do wolontariatu żadnego… Może i dziwne, ale o wiele lepsze.
-Hmm… Racja… Ale twoje oceny i tak się pogorszyły!
-No Jezu… Nie rozumiem i nie lubię chemii, to mi nie idzie, tak? Jakby na to nie spojrzeć od początku mi nie szła…
-Młoda damo, twój olewawczy ton  głosu wcale, a wcale mi się nie podoba!
-Przecież wiem, że i ty masz to gdzieś… Nie oszukujmy się.
-No w sumie to też racja…- mężczyzna zaśmiał się, na co Hei zrobiła tzw. face palm.
-Oj, dzieci, dzieci…- powiedziała.- Niby tacy duzi, a jednak tacy mali. Może chcesz korepetytora, Arisiu? Twoja starsza siostra cioteczna, Ann powinna być chętna.
-Ann? Mamo, nie pamiętasz, jak to się skończyło ostatnio? Z chęcią ci przypomnę. Skończyło się na rozbieranej i „yuristycznej” sesji zdjęciowej.
-Naprawdę? Już o tym zapomniałam. Ale dostałaś później piątkę, prawda?
-Nom~. Tłumaczyła mi podczas sesji.
-Więc załatwione~!- pan Staley wyciągnął telefon.- Pora na telefon do przyjaciela~! W tym wypadku brata, ale co tam…- zaczął wpisywać numer.
-Emm… Córciu? Idź odrobić lekcje, albo co. Zawołamy cię, jak już wszystko załatwimy.
-Ok~.

Arisa wróciła do pokoju. Wyciągnęła zeszyty, książki i zaczęła się uczyć, a przynajmniej próbować. Przejrzała wszystkie podręczniki w jakieś pięć minut.
-I że niby ja? Mam to robić? Pogięło ich, czy co?
Wyrzuciła jak gdyby nigdy nic trzymany w dłoniach zeszyt, gdzieś za siebie. Usłyszała, jak ją wołają. Zeszła na niższe piętro po raz kolejny. Popatrzyła na uśmiechniętych rodziców i spytała:

-I co? Nie zgodzili się?
-Oj, coś ty~.- Matthew jeszcze szerzej się uśmiechnął.- Dlaczego tak myślisz? Z wielką chęcią się zgodzili~!
-Naprawdę? To super.-dziewczyna pozostała niewzruszona. Bez słowa poszła się umyć, powiedziała proste „oyasumi” i wróciła do pokoju. Odrobiła w końcu zadane jej lekcje. Wzięła telefon i wykręciła dobrze sobie znany numer,rzucając się na łoże.
-Konnichiwa, Ann-chan~. I co? Słyszałaś już?… Nie? Jak to? Przecież… No przyjeżdżasz do mnie, moja korepetytorko~. Poszło jak po maśle~… No dokładnie~… Kto by pomyślał, nie?… Mhm… Mhm… Oke~!… To do zobaczenia, nom… Oyasumi~~.

Rozłączyła się. Włączyła budzik i wskoczyła pod kołdrę. Zaśpiewała:

Yagate hito wa kegarete
hito ga hito de somerarete
tomo ni kiru kono hoshi somete
mizukara no kubi shimetsukeru.

Poczuła się śpiąca, usnęła prawie od razu. Jeszcze chwilę tylko myślała:
Życie ma sens. Ono musi mieć sens”.
Każde życie ma sens. Każdy po coś istnieje. Nie ma innego wyjścia…”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz