A teraz zapraszam do czytania, bo podobnież warto. I czekam na krytykę. C:
Girugamesh - Kowarete Iku Sekai
„Tik
tak, tik tak.”
„Czas
upływa. Z każdym dniem, każdą minutą, sekundą… „Carpe
diem”. Chwytaj dzień… Chwytaj dzień, ciesz się z każdej
chwili, bo w końcu może zniknąć. W jednej chwili czas może się
zatrzymać. Po prostu umrzesz. Możesz myśleć, że to jeszcze nie
teraz, dzisiaj się to nie wydarzy. Ale skąd wiesz? Skąd maszt tę
pewność?”
Arisa
szła powoli. Nigdzie jej się nie spieszyło. Nie miała gdzie się
spieszyć. W końcu nie bez powodu „zwolniła się” z ostatnich
czterech lekcji.
Pogoda
była piękna. Słońce świeciło mocno, a na błękitnym niebie nie
widniała żadna chmurka. Kilka kukułek ćwierkało radośnie wśród
mocno zielonych drzew. Wiosna przyszła na dobre. Dziewczyna
przechodziła przez zalesione obszary przedmieścia. Nie mając
zbytnio pomysłu na dzień wyłączyła telefon i wsiadła do
prowadzącego na przedmiejską stację tramwaju.
Przyglądała
się polom i łąkom w oddali.
-Ech…-
jęknęła, patrząc w niebo. Nadeszło południe.
-Trzeba
iść~.
Uśmiechnęła
się do siebie i podwinęła rękawy wrzosowego sweterka. Zaczęła
iść w stronę dużego domu nieopodal. Był to dom dziecka. Miał
dobre warunki. Posiadał salę do ćwiczeń, fitnessu, prac
artystycznych, bibliotekę i dużą świetlicę. Każdy, kto tam
mieszkał, mógł rozwijać swoje talenty i zainteresowania bez
przeszkód, a pracownicy byli naprawdę mili, chętni do pomocy i
szczerzy. Zarządcy mogli zrobić chociaż tyle. Czasami ludzie tacy
jak Arisa przychodzili tam, by dotrzymać towarzystwa niektórym z
wychowanków. A zwłaszcza tym, do których trudno było dotrzeć,
którzy dopiero co pojawili się w nowej sytuacji.
I
właśnie z takimi ludźmi zajmowała się chwilowo Arisa. Byli to
bracia, od miesiąca przeniesieni do właśnie tego domu dziecka.
Starszy zwany był Claude, młodszy jako Cornelius. Nikt jednak nie
znał ich prawdziwych imion. Z nikim nie rozmawiali. Z pokoju
wychodzili jedynie w porach jedzenia i kąpieli. Po prostu zamknęli
się w swoim świecie.
-Ohayou
gozaimsasu.- różowowłosa weszła do holu budynku, w którym zawsze
ktoś czekał. Starszy mężczyzna uśmiechnął się na jej widok.
Była tam dobrze znana. Pomagała już od dziesiątego roku życia,
ze swoją „onee-chan” imieniem Ako.
Ako była
japonką, córką wspólników jej rodziców. To ona zapoczątkowała
fascynację Japonią u kilkuletniej Arisy. Była dziewczyną miłą i
przyjazną. Żyła pełnią życia, cały czas optymistycznie. Miała
nieskazitelnie gładką cerę, czarne oczy i farbowane blond włosy.
Uwielbiała słodkie rzeczy i taki też styl reprezentowała.
Nieszczęście jednak chciało, że wybrała ją straszna
choroba-zwyrodnienie rdzeniowo-móżdżkowe. Choroba ta sprawia, że
móżdżek w mózgu powoli zanika do punktu, w którym człowiek
przestaje chodzić, mówić, pisać, ani jeść. Dowiedziała się o
tym, gdy sama miała dwanaście lat, trzy lata przed poznaniem Arisy.
Jednak nie przejmowała się tym. Dziesięć lat po diagnozie zmarła.
Lodowooka
uśmiechnęła się. Zmieniła półbuty w kwiatki na trepki.
Podreptała na drugie piętro. Zapukała do drzwi w końcu korytarza
zachodniego skrzydła. Chwyciła za klamkę i powoli otworzyła
drzwi.
Chłopcy
jak zwykle siedzieli, udając, że są czymś poważnie zajęci.
Claude starał się czytać książkę, choć tak naprawdę
przeglądał tylko obrazki w niej zawarte. Cornelius natomiast bawił
się telefonem.
-I
dzisiaj znowu będę mówić sama do siebie?- westchnęła cicho.
Poczuła, jak ukradkiem na nią spojrzeli. Zaczęło działać, więc
mówiła dalej:
-A~ach,
naprawdę. Ludzie to dziwne istoty. Niby chcą być ważne, a
uciekają… Chcą być smutni, a nie potrafią. Chcą być radośni,
a nie mogą… Świat jest dziwny~. Gdyby Ako-onee tu była, pewnie
wiedziałaby co robić… Ech, życie to jednak jest niesprawiedliwe…
Jajciu~, ale tu gorąco. Otwórzmy okno.
Podeszła
do okna, by je otworzyć. Zawahała się, czując ich uważne
spojrzenia na sobie, jednak zrobiła to. Do pokoju wpadło świeże,
zimne powietrze, które zaczęło bawić się jej różowymi włosami.
Pogoda jak na razie nie zmieniała się. W oddali tylko, nad górami,
widać było ciemne chmury, powolnie zbliżające się w stronę
miasta.
-Ciekawe,
czy będzie padać?- zapytała, pewna, iż odpowiedzi nie usłyszy.
Zdziwiła się jednak odrobinę, gdy starszy z braci przemówił:
-To
czemu nie pójdziesz?
-Ech?
-Wiesz,
skoro pogoda jest tak ładna, czemu nie wyjdziesz na zewnątrz? Nie
chcesz chyba stracić czegoś z tak ŁADNEGO dnia?
-Ach, o
to chodzi… To się tyczy również was…
-Nie
sądzę.
-Carpe
diem.- dziewczyna uśmiechnęła się smutno, po wypowiedzeniu tych
słów.- Tak mówiła Ako. A mówiąc prościej „chwytaj dzień”.
A wiesz dlaczego? Bo każda minuta, a nawet sekunda twojego życia
jest ważna. Ciesz się z tego, że żyjesz. Nie lamentuj, że jesteś
sam, gdy są przy tobie inni… gdy jesteś chory, a możesz chodzić.
Nie myśl „byłoby lepiej”, myśl „jest dobrze”. Bo uwierz,
zawsze mogło być gorzej.
Powaga z
jaką mówiła wywarło na chłopcach nie małe wrażenie. Do tej
pory Arisa była słodka i uprzejma- teraz tego nie wyczuwali.
Zupełnie, jakby w jakimś stopniu przez to przeszła.
-Dlatego
przestańcie zachowywać się jak jacyś panicze, nie mający celu do
życia. Gdybyście go nie mieli, już dawno umarlibyście.
-Serio
tak myślisz?
-Tak.
-No
dobrze… Yuuda jestem. – wciąż mówił starszy.- A to Aruko.
Jest niemową.
-Ach
tak. To przykre… I dlatego się nie rozstajecie?
-Jako
jedyny potrafię go usłyszeć, więc…
-Rozumiem.-
twarz Arisy rozjaśnił delikatny uśmiech.- Skoro już otwarliście
się przede mną. Mam do was jeszcze przychodzić? Przeszkadza to
wam?
-Nie,
nie przeszkadza. W sumie to dobrze, że opowiadasz nam o legendarnej
Ako-onee. Przynajmniej wiemy, dlaczego jest tak szanowana tutaj.
(Przecież mamy nawet całą ścianę na korytarzu jej poświęconą).
No i… jesteś osobą, dzięki której Aruko ma wenę.
Spojrzała
na wyżej wymienionego chłopaka. Zapisywał coś w notatniku, a
także robił projekty ubrań w szkicowniku (na przemian oczywiście).
Blondyn podniósł wzrok. Ich spojrzenia spotkały się. Patrzyli na
siebie przez chwilę, jakby rozmawiając w ciszy. Oboje wiedzieli o
co chodzi. Chłopaczyna podał jej szkicownik. Zaczęła przeglądać.
Poza projektami ubrań znalazła szkice osób w ruchu, martwej natury
oraz portrety. Tych ostatnich było najwięcej, zwłaszcza podobizn
Arisy, ze zdjęć zamieszczonych przez nią na blogu i przypadkowych
ujęć Yuudy.
-Ładne.
-Jesteś
wierząca?
-Ech?
-No
wiesz, Bóg, i te sprawy.
-Więc…
Śmiało mogę powiedzieć, że nie. Nie wierzę w Boga. Dla mnie
jest to tylko wytłumaczenie, na rzeczy ludziom do tej pory nie
znane. I na ich wszystkie niepowodzenia. A co?
-Nic
takiego…
Dalej
rozmawiali równie swobodnie. Na wszystkie tematy, jakie przyszły im
do głowy. Przyznali, że gdyby mieli jeszcze dwie lub jedną osobę,
mogliby założyć zespół muzyczny. Często się śmiali i
wykłócali, komentując prace Aruko. Dwie godziny zleciały im
szybciej, niż zazwyczaj. Arisa jednak musiała iść dalej.
Jej czas
dobiegł końca. Grzecznie pożegnała się z każdym, zachowując
informacje o braciach dla siebie i wyszła. Skręciła w lewo, a
miejscem, do którego poszła był szpital o równie dobrych
warunkach, co i sierociniec. Po wejściu do białego budynku (w nim
też była wyjątkowo dobrze znana), udała się do korytarza, na
którym wisiał ogromny szyld:”DZIECI I NASTOLATKI”, do drzwi z
numerem 27.
Była
tam czternastoletnia dziewczyny o zielonych włosach do ramion.
Uśmiechnęła się na widok Arisy. Chorowała na to samo, co niegdyś
Ako, lecz w jej przypadku choroba postępowała powoli. Była dla
różowowłosej niczym młodsza siostra. Na imię miała Akira.
Powoli jednak zaczynała mieć problemy z wyraźnym mówieniem.
-Oha…you.-
przywitała się, mówiąc wolno.- Dobrze cię… widzieć… Ariisa.
-Konnichiwa~.-
różowowłosa uśmiechnęła się.- Wiesz, nie mam dziś zbyt dużo
czasu, jakieś półtorej godzinki najdłużej.
-Rozumiem.-
Akira kiwnęła głową i pozwoliła mówić Arisie dalej:
-Ale nie
martw się~. Następnym razem, kiedy będę mogła przyjść,
posiedzę dłużej. Dlatego poczekaj do tego czasu, dobrze?
-Oczy…wiście..
A… Arisa… Chciałabym… Poczytać… Ou..rana…
-Ach
tak? Więc przyniosę ci wszystkie tomy następnym razem, dobrze?
-Un…
Wykazując
niezwykłą cierpliwość Arisa rozmawiała z przyjaciółką. Po
godzinie dopiero, ze złymi przeczuciami, zebrała się do domu.
Droga
powrotna nie zajęła jej dużo czasu. Nie wlokła się już tak, a
raczej spieszyła aż nad to. Przeczuwała, że zastanie ją w domu
niemiła niespodzianka. Wchodząc do przedpokoju szybko zdjęła
buty, rzuciła je w kąt i weszła na wyższe piętro, by rzucić w
któryś kąt sypialni torbę z mangową postacią.
-Arisa!
Możesz tu zejść, proszę!- zawołała ją matka.
Jej
matka była niewysoką dziewczyną, Koreanką, kobietą przy tuszy.
Na imię jej było Hei Kyuun. Włosy miała brązowe ścięte na
fryzurę typu „bob”. Często ubierała zwiewne, proste
sukienki. Z charaktery byłą osobą miłą i pewną siebie. Nie
nasuwała Arisie zbyt dużo zasad, wiedziała, jak mogłoby to się
skończyć. Lubiła gotować i piec ciasta. Była wręcz idealną
panią domu.
Ojczym
Arisy natomiast, Matthew był Anglikiem. Miał ostre rysy twarzy,
zielone oczy i blond włosy. Ubierał się elegancko, często nosił
garnitury. W pracy rządził twardą ręką. Prowadził małą
działalność, zajmującą się szyciem ubrań. Niestety nie
powodziło mu się najlepiej. Brakowało klientów, zwłaszcza tych
bogatszych. Często miewał kłopoty finansowe. Do życia podchodził
jednak optymistycznie. Zawsze powtarzał: „mogło być gorzej”,
jak to mówiły mu córka i jej „onee-san”. Cechowała go
porywczość, często najpierw robił, później myślał. Był miły
i niezależnie od sytuacji pozostawał przy swoim zdaniu.
Cała ta
rodzina była, wydawałoby się, rodziną idealną. Odrzucając
kłopoty pieniężne na bok, żyło im się całkiem dobrze. Każdy
tak myślał. Jednak pani Arihyoshi, wraz z córką, zostały
wydziedziczone. Rodzicom Hei Kyuun nie podobał się fakt, iż
prawdziwy ojciec jej dziecka porzucił ją. Nawet, jeśli nie była
to jej wina, mówili: „twoje dziecko to sierota, jeśli zechcesz ją
wychowywać, my nie zechcemy ciebie”. Dlatego też matka Arisy, zła
na całą swoją rodzinę, zerwała wszystkie kontakty z nimi.
Wyjechała wraz z córką z kraju i poznała Matthewa. Spodobała się
jego rodzicom, a także jemu. Nikomu nie przeszkadzało dziecko,
wręcz byli szczęśliwi, z posiadania „wnuczki”. Tak, nazywali
Arisę wnuczką jeszcze zanim Hei pozyskała nazwisko Staley.
-To
zejdziesz, czy nie?!- tym razem wydarł się ojciec dziewczyny.
Różowowłosa
westchnęła i zbiegła po schodach. Widząc poważne miny obojga
rodziców wzdrygnęła się. Czekać ją będzie teraz tylko jedno-
pogadanka w „cztery oczy”. Uśmiechnęła się niemrawo.
-Tak?
-Dzwoniła
twoja wychowawczyni. Znowu uciekłaś z lekcji. Jak się nam
wytłumaczysz?
-Ech…-
opanowała się całkowicie.- Nie muszę się tłumaczyć. I tak
wiecie, gdzie byłam, więc co to za różnica?
-W sumie
to prawda, ale… Dlaczego nie możesz być jak normalne nastolatki?!
Kiedy już zrywasz się z lekcji powinnaś chodzić do galerii, a
nie!
-Wybacz,
że jestem inna.
-CO?
Wcale nie jesteś inna.
-Tatek,
z tego co powiedziałeś, to jestem. Normalne nastolatki zrywając
się z lekcji chodzą do galerii, na jarać się, albo coś takiego.
Ja w zamian tego zajmuję się jakimiś pomocami społecznymi,
chociaż nie jestem nawet zapisana do wolontariatu żadnego… Może
i dziwne, ale o wiele lepsze.
-Hmm…
Racja… Ale twoje oceny i tak się pogorszyły!
-No
Jezu… Nie rozumiem i nie lubię chemii, to mi nie idzie, tak? Jakby
na to nie spojrzeć od początku mi nie szła…
-Młoda
damo, twój olewawczy ton głosu wcale, a wcale mi się nie
podoba!
-Przecież
wiem, że i ty masz to gdzieś… Nie oszukujmy się.
-No w
sumie to też racja…- mężczyzna zaśmiał się, na co Hei zrobiła
tzw. face palm.
-Oj,
dzieci, dzieci…- powiedziała.- Niby tacy duzi, a jednak tacy mali.
Może chcesz korepetytora, Arisiu? Twoja starsza siostra cioteczna,
Ann powinna być chętna.
-Ann?
Mamo, nie pamiętasz, jak to się skończyło ostatnio? Z chęcią ci
przypomnę. Skończyło się na rozbieranej i „yuristycznej”
sesji zdjęciowej.
-Naprawdę?
Już o tym zapomniałam. Ale dostałaś później piątkę, prawda?
-Nom~.
Tłumaczyła mi podczas sesji.
-Więc
załatwione~!- pan Staley wyciągnął telefon.- Pora na telefon do
przyjaciela~! W tym wypadku brata, ale co tam…- zaczął wpisywać
numer.
-Emm…
Córciu? Idź odrobić lekcje, albo co. Zawołamy cię, jak już
wszystko załatwimy.
-Ok~.
Arisa
wróciła do pokoju. Wyciągnęła zeszyty, książki i zaczęła się
uczyć, a przynajmniej próbować. Przejrzała wszystkie podręczniki
w jakieś pięć minut.
-I że
niby ja? Mam to robić? Pogięło ich, czy co?
Wyrzuciła
jak gdyby nigdy nic trzymany w dłoniach zeszyt, gdzieś za siebie.
Usłyszała, jak ją wołają. Zeszła na niższe piętro po raz
kolejny. Popatrzyła na uśmiechniętych rodziców i spytała:
-I co?
Nie zgodzili się?
-Oj, coś
ty~.- Matthew jeszcze szerzej się uśmiechnął.- Dlaczego tak
myślisz? Z wielką chęcią się zgodzili~!
-Naprawdę?
To super.-dziewczyna pozostała niewzruszona. Bez słowa poszła się
umyć, powiedziała proste „oyasumi” i wróciła do pokoju.
Odrobiła w końcu zadane jej lekcje. Wzięła telefon i wykręciła
dobrze sobie znany numer,rzucając się na łoże.
-Konnichiwa,
Ann-chan~. I co? Słyszałaś już?… Nie? Jak to? Przecież… No
przyjeżdżasz do mnie, moja korepetytorko~. Poszło jak po maśle~…
No dokładnie~… Kto by pomyślał, nie?… Mhm… Mhm… Oke~!…
To do zobaczenia, nom… Oyasumi~~.
Rozłączyła
się. Włączyła budzik i wskoczyła pod kołdrę. Zaśpiewała:
Yagate
hito wa kegarete
hito
ga hito de somerarete
tomo
ni kiru kono hoshi somete
mizukara
no kubi shimetsukeru.
Poczuła
się śpiąca, usnęła prawie od razu. Jeszcze chwilę tylko
myślała:
„Życie
ma sens. Ono musi mieć sens”.
„Każde
życie ma sens. Każdy po coś istnieje. Nie ma innego wyjścia…”


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz